piątek, 30 sierpnia 2013

Podróżne technikalia

Na nadmiar bagażu  już narzekałam.
Wspomnienie pierwszego wyjazdu nad morze z trzymiesięczną Joaśką, kiedy to wujek M. powiedział, że możemy zabrać wszystko, co się zmieści w bagażniku, rozśmieszyło mnie właśnie do łez. Bo naprawdę wzięłam wszystko, a wszystko oznacza na przykład przewijak na stelażu, z wanienką i dwoma półkami.

Ojciec dzieciom przypomina, że Joaśka miała wtedy trzy miesiące i my też. Racja. Zupełnie nowa sytuacja powoduje wzrost potrzeby zabezpieczenia się na każdą okazję. Duże kombi było załadowane po dach. 

W zeszłym roku było nieco lepiej (pociąg bardzo dobrze redukuje bagażowe zapędy), a w tym roku - znowu level wyżej, bo dwójeczka przecież. Więc pociąg redukuje, my nie jesteśmy ośmiornicami, nawet początkującymi. Cel: plecak na plecy, dziecko do nosidła, jedna torba do ręki - niemal osiągnięty (niemal, bo jeszcze torba z jedzeniem). Nie udałoby się to, oczywiście, bez zmotoryzowanych członków rodziny i po mieczu, i po kądzieli, którzy zatroszczyli się o resztę (czytaj: dwa foteliki i dwie torby). 

Wózek nabyliśmy drogą kupna przez internet, używany, zresztą napiszę o nim oddzielnie, bo jest tego wart. Wożenie w jedną stronę odpadło, bo wyręczyła nas poczta. (W drugą stronę też właściwie odpadło, bo dziadek K. uznał, że jednak się zmieści w samochodzie razem z resztą gratów). 

Łóżeczka załatwiliśmy najprościej: Joaśka spała sobie na podłodze (nie na gołej, rzecz jasna), czym była zachwycona, dla Witula natomiast kupiliśmy turystyczne łóżeczko typu pop up, czy jak mu tam. Takie, co to się rozkłada w dwie sekundy, a do składania trzeba mieć jednak krzepę lub męża pod ręką. Dziadka względnie. Ogólnie wygodne i bardzo lekkie. 

Foteliki niestety musiały pojechać, ale za to zostały sobie na wieczne wakacje. Więc zaczynam właśnie fotelikowy risercz, dodatkowo zmotywowana (czytaj: zdołowana) tekstem o tym, jak to większa większość fotelików jest niedopasowana do dziecka, a jak do dziecka pasuje, to nie pasuje do samochodu, a jak pasuje, to dziecko źle zapięte i w efekcie bezpieczniej by było bez. Bez kosztuje dość sporo, chyba cztery stówy plus punkty gratis, a do tego foteliki zazwyczaj nie nadają się do spania w samochodzie. Koniec dygresji.

Pojechało też nosidło (głównie w roli turystycznego krzesełka do karmienia), pouch oraz chusta (w roli huśtawki lub hamaka, dałam jej ostatnią szansę). Zabawki ograniczone do minimum, ubranka prawie też, prawie, bo zawsze mi żal ślicznych letnich ubranek Joaśki, z których do przyszłego roku wyrośnie i jak nie teraz, to nigdy. I potem jest za dużo. Z Witu takich problemów nie mam, więc jego ubranek było mniej.  Planowałam, oczywiście, skrupulatnie zapisać, ile czego, ale przy pakowaniu nie miałam siły, przy pakowaniu powrotnym - czasu, a przy rozpakowywaniu zapomniałam  - i po sprawie. 

Ostatecznie, w porównaniu do startowego przewijaka z wanienką (i łóżeczka turystycznego, i wózka, i długo by wymieniać) - zdecydowanie widać postęp. Postęp skłania do refleksji ogólnych, więc może się zdarzyć,  że te sprzętowo-podróżne zagadki plus jesienne porządki (klucz porządkowania: pozbyć się wreszcie tych wszystkich gratów!) zagarną dla siebie blogowy wrzesień. A nich im będzie.

Zdjęcia w większości ojca dzieciom, a dokładnie pierwsze, trzecie i czwarte. Nogi moje. Mewy plażowe. Grabki Joasi. Samochód też. I nie, nie cały czas było zimno.








1 komentarz:





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...