piątek, 30 sierpnia 2013

Osiem. Pełzanie

Nad morzem Witul rozpełzał się na całego. Istne Witulino. Wie już, czego nie wolno (papieru na przykład), potrafi nieźle się rozpędzić, żeby do prohibitu dotrzeć przede mną. I jest naprawdę szybki.

Przed wyjazdem miałam dużo obaw: co z trawą, co z piaskiem, co z basenem ogrodowym dziecięcym. Witu chce to, co Asia, szkoda mu odmawiać, ale jedzenie trawy i piachu oraz picie wody z basenu mi się nie podoba. Wyobrażałam sobie różne straszne rzeczy, bo o pełzaniu słyszałam dużo różnych opowieści. Mała Jot nie pełzała, nie znosiła leżeć na brzuchu i do raczkowania podeszła z siadu, i to jakoś w dziewiątym miesiącu. Witul jest od niej silniejszy, więc wszystko dzieje się szybciej w dwóch wymiarach: wcześniej w rozwoju i prędzej w przestrzeni. Oj, dużo prędzej. Wizja dziecka popijającego piasek mlekiem nie schodziła mi z powiek, bo do pełzania w przód W. zebrał się tuż przed wyjazdem.  
Myślałam i kombinowałam, jak tu uniknąć tego i owego, w końcu rozsądnie uznałam, że zobaczy się na miejscu.

A na miejscu najpierw się okazało, że suchy basen to świetny kojec, potem, że wymyślenie sposobu na wylezienie z kojca zajęło Witulowi niecałe trzy dni i że zwiedzanie trawnika to świetna zabawa.  Owszem, próbował próbować dłuższych trawek, podeschniętych śliwkowych liści, pomacał sosenkę (wejmutkę chyba, z długimi, miękkimi igłami) i tuję, ale kozą zostać nie zamierzał.

Na plaży było tak samo, tylko lepiej. Piach okazał się fascynujący, Witul popiskiwał z zachwytu i trzymać go z dala (o czym myślałam jeszcze w domu) za nic się nie dało. Owszem, spróbował piasku, najpierw suchego, a potem mokrego (bo wyglądał inaczej, posklejany w grudki), ale po tych dwóch próbach już wiedział, że piaseczek w buzi to nic przyjemnego. I spokój. Pełzał sobie, obgryzał foremki, szukał patyków i kamyków na wyścigi z tym, kto akurat miał witulowy dyżur, dopełzł nawet raz do samego brzegu i musiałam ściągać go z mokrego piachu w trybie awaryjnym, zanim poliże go nadchodząca fala. Chlupanie stopami w morzu też mu się podobało (a woda nie miała wcale 21 stopni, oj, nie).

Basen, już napełniony, okazał się strzałem w dziesiątkę - dziesięć centymetrów wody (w porywach), a ile frajdy! Pluskanie, pełzanie za uciekającymi piłeczkami, chapanie - ach.

Bardzo byłam z Witula dumna, że tak sobie śmiało poczyna i dobrze radzi. No i po nadmorskim podboju przestrzeni mieszkanie jest teraz jego. Włazi wszędzie. Ostatnio odwróciłam się na kilka sekund i już wyjmował sobie miskę spod wanny, cały zachwycony. Joaśka nerwowo chowa zabawki, kiedy usłyszy, że się obudził, popiskując, że Witul będzie jej ruszał i zje. A zasieg ma, owszem: papiery na podbiurkowej półce, dolna półka z zabawkami, nawet przy kanapie potrafi się podciągnąć i zdjąć, co tam akurat z brzegu leży. Wczoraj gonili się z Joaśką po przedpokoju, zaśmiewając się do rozpuku, jedno i drugie. Dobrze mieć rodzeństwo.

Jak już pisałam rok temu, morze bardzo pozytywnie działa na dzieci. Zwłaszcza na mowę, choć u Witula, jako że za dużo nie mówi jeszcze, rozwinęła się raczej w ciągu tych dwóch tygodni komunikacja niewerbalna. Za to Joaśka, tak, jak w zeszłym roku, skoczyła o poziom w górę. Jej dwa ulubione słówka to "proponuję" i "który". "Który" występuje w zdaniach złożonych, oczywiście. Ale o tym następnym razem, bo komunikacja werbalna Joaśki zdecydowanie zasługuje na oddzielny wpis.

1 komentarz:





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...