piątek, 12 lipca 2013

Przeprowadzka, czyli trochę o kołysce


Tak, tak. Witul pożegnał się z kołyską. I przywitał z łóżeczkiem. Teraz ma nową, dużą przestrzeń, szczebelki, w które może stukać grzechotką, nowe widoki i możliwość przewracania się na brzuch. Jest zachwycony. Pierwszego wieczora, zamiast zasnąć, bawił się godzinę łóżeczkiem. I kocykiem. Teraz z kołyską musimy pożegnać się my, prawdopodobnie za pośrednictwem popularnego serwisu aukcyjnego.

Kołyska zamarzyła mi się, kiedy Witul był jeszcze w brzuchu i próbowałam sobie zwizualizować dzielenie przestrzeni przez rodzeństwo. W planie było łóżeczko - zwykłe, drewniane, ze szczebelkami, ale wyobraziłam sobie od razu, jak Joasiątko wsadza do środka małą łapkę i budzi Witula. Poszukałam więc rozwiązań alternatywnych. I znalazłam.

Kołyska niewiele na wspólnego z drewnianym pojemnikiem na biegunach na niemowlaka. To w zasadzie małe łóżeczko. Ma budkę jak gondola wózka (z której nigdy nie skorzystaliśmy), karuzelkę z lampką, muzyczką, wibracjami i pewnie czymś tam jeszcze (do której nie kupiliśmy baterii) oraz możliwość doczepienia panelu łączącego materacyk dziecka z materacem śpiącej w swoim łóżku mamy, która budzi się przy poruszeniu (w teorii, nigdy nie korzystałam). Ma też kółka (które średnio jeździły) oraz bieguny (po schowaniu kółek łóżeczko zamienia się w kołyskę). Korzystaliśmy trochę z kółek, na samym początku. Bujanie nie było potrzebne. Krótko mówiąc - klasycznie. Wszystkie funkcje podkreślane przez producenta okazały się zbędne. Ale samo łóżeczko - rewelacja. Zwłaszcza, jeśli jego użytkownik ma niewiele starsze rodzeństwo.

Zaleta pierwsza i najważniejsza: łóżeczko jest przytulne. Ma dwudziestocentymetrowe boki, które skutecznie oddzielają niemowlaka od otaczających go bodźców. Dzięki bokom - i wysokości całości - także od małych, ciekawskich łapek. A więc zaleta druga: regulacja wysokości. Najwyżej - około 130 cm, czyli dokładnie tyle, ile potrzebuje mój kręgosłup, żeby nie mieć kłopotów z wkładaniem i wyjmowaniem cieżkiego stworzonka. Joacha na początku przynosiła sobie krzesło, żeby zajrzeć. Potem wspinała się na pojemnik zainstalowany na dole (a kołyska się nie przewracała, moi drodzy. Bo jest stabilna, że hej). Minus - na tym metrze trzydzieści skrzypi przy poruszeniu. Trzeci plus - łatwość prania. Materacyk jest wodoodporny, na nim fabryczne prześcieradełko na gumce. Materiał pokrywający boki zdejmuje się łatwo i schnie szybko. I pierze się dobrze, chociaż jest kremowy (no, ale dziecko w kołysce nie je marchewki). Kolejny plus - estetyka. Bardzo ważna rzecz, wbrew pozorom. Denerwuje tylko naszyte w dwóch końcach ostrzeżenie (a w zasadzie warning/advertencia).Choć Witul miał z tym dużo zabawy, bo wykręcał się tak, żeby oglądac pomarańczowy paseczek  z czarnymi literkami. Więc kto wie, może to rozwojowe ostrzeżenie. Kołyska ma też otwierany jeden bok, a dokładnie - kawałek boku. Ponoć ma on występować w roli przewijaka, ale jak dla mnie za bardzo się do tego nadaje. Za to małe niemowlątko może mieć podgląd na świat. Witul lubił. 

Karuzelka całkiem fajna, zwłaszcza, że zamiast kremowych misiów (które nie bardzo stymulują wzrok niemowlaka) można powiesić coś swojego (na przykład serduszka w czerwono-czarne paski, o.) Minus jest taki, że jak karuzelka jest zamontowana, trochę gorzej wyjmuje się dziecko. Więc po pierwszym wyjeździe w góry już jej z powrotem nie montowaliśmy.

A skoro już o wyjeździe - zupełnie niespodziewanie kołyska okazała się także... łóżeczkiem turystycznym, bo górną część łatwo można rozmontować i złożyć płasko - mieści się wtedy łatwo na dnie samochodowego bagażnika. Reszta, czyli materiał, do torby - i gotowe. Dziecko ma na wyjeździe swoje łóżeczko i oszczędza mu się podróżnego stresu. 

Pojemnik z materiału, który montuje się na dole, też się sprawdza - nie ma to jak dodatkowa, łatwo dostępna przestrzeń na zabawki, kocyki i inne takie. Do tego dochodzi jeszcze kieszeń naszyta w nogach kołyski, do której czasem coś wrzucałam (chociaż najczęściej zapominałam, że to coś tam jest).

Rozmiar też okazał się w porządku. Mamy na forach straszyły, że to łóżeczko na pierwsze cztery miesiące, chociaż długość 87 cm i  szerokość 47 cm. No i proszę: Witul, który mały nie jest, bo osiemdziesiąt centymetrów przekroczył przed ukończeniem szóstego miesiąca, spał sobie spokojnie aż do teraz i pewnie spałby jeszcze dłużej, gdyby matka nie chciała mu zapewnić nowych wrażeń. Co do ceny - nowa kosztuje cztery stówy, więc szał cenowy to to nie jest, na szczęście istnieje rynek wtórny, który właśnie podejrzałam i za półtorej stówy można już takie cudo mieć. 

A, jeszcze nazwa. To kołyska Coneco Simplicity, nasza akurat 4w1.

P.S. Znalazłam właśnie informację, że jest nawet wersja z pilotem. Ach, och.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...