poniedziałek, 1 lipca 2013

Powódź, wirus, lekarz, deszcz

Wróciliśmy wreszcie z długiego weekendu.
Bardzo długiego.
Pełnego przygód.

Zupełnie bez internetu i innych źródeł wiadomości, choć było radio. Radio zapowiedziało wiadomość o reformie edukacji i gimnazjalistach, po czym puściło nagranie o segregowaniu śmieci, myciu słoików, odkręcaniu nakrętek i makulaturze. Potem spikerka powiedziała" To nie był ten dźwięk".

Przygody natomiast zaczęły się niedługo po wyjeździe, kiedy wjechaliśmy w burzę wszechczasów (a przynajmniej jedną z Top Ten Burz), która zamieniła się w oberwanie chmury, które nalało pół wanny na metr gruntu, pogrzmiało, pobłyskało, zmusiło matkę do opowiedzenia bajki o chmurze, która jak klaszcze, to błyska, a jak tupie, to grzmi, uśpiło dzieci i dało nam spokój. Za to droga nie dała nam spokoju, bo była zalana. Na szczęście na brzegu stali miejscowi z patykiem i informacją powodziowo-drogową. I dojechaliśmy.

Na miejscu, zamiast zapowiadanego tygodnia upałów, pojawił się cały zestaw deszczów, mżawek, temperatur poniżej 17 stopni do wyboru, burz wszechczasów, burz stuleci i burz roku. Grad też był w opcjach, więc spróbowaliśmy raz, a jak, w końcu wszystkiego trzeba spróbować.

Zdarzył się też ładny dzień, w którym Witul okazał się wielkim miłośnikiem kotów (po mamusi, po mamusi). Wyglądało to tak, że jak zobaczył kota, zaczął popiskiwać z zachwytu, a jak go pogłaskał, aż się roześmiał w głos. Kot też był zachwycony. Potem towarzyszył nam przy oglądaniu liści śliwki i winogron. Też z witulopiskami.

Zdarzył się też drugi ładny dzień, w który matka poleciała do lasu zbierać owoce leśne, zwane przez nią jagodami, przez babcię I. borówkami i doprowadzające do małej schizofrenii językowej Joaśkę, skądinąd nimi zachwyconą. Witul też przeżywał przygody spożywcze, niekoniecznie przez matkę planowane i skutkujące kropkami gdzieniegdzie. Te kropki, kłopoty ze snem i jakby katar dały mi do myślenia, a potem do działania, więc mocno kombinując (jak to bywa w górach, gdzie się mieszka na samej górze, z dala od cywilizacji handlowo-usługowej i bez samochodu) pojechaliśmy z Witulem do lekarza. Bo jego nie da się wyleczyć syropem czosnkowo-miodowym, robionym na poczekaniu, jak J.

O dziwo, panie w rejestracji były MIŁE. Po raz pierwszy też usłyszałam od pracownika służby zdrowia, że moje dziecko wyskoczyło w ewusiu, ale nie muszę się martwić, bo i tak jest ubezpieczone, tylko żebym sobie sprawdziła. Nikt nie patrzył na mnie  z potępieniem, podejrzeniem, zdziwieniem, nie sapał, nie rozkładał bezradnie rąk, nie słuchał wykładu o ustawie  dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, o Vademecum NFZ i tego, co jest w ramce na stronie dziewiątej, patrząc jak urażone cielę, i nie kazał mi wypełniać papierów po nic. Czyli jednak da się. Proszę.
Witul okazał się zdrowiusieńki, ale nikt się nie dziwił, że matka u lekarza czas zajmuje. Zalecono mi obserwować i poinstruowano, gdzie jechać w tygodniu, a gdzie w weekendy i w nocy, gdyby mnie coś zaniepokoiło.

Potem zrobiło się jeszcze zimniej, w nocy dotarł biedny i zmęczony ojciec dzieciom, a rano matka była już chora. I coraz bardziej chora. Oceniła to na oko (a właściwie na krtań) na wirusowe zapalenie krtani. Potwierdzone po dwóch dniach wysokiej gorączki przez lekarza telefonicznie, a na dzień trzeci osobiście. Lekarz osobiście po obejrzeniu mnie dał ojcu dzieciom trzy dni opieki nad dzieckiem młodszym zdrowym, którym żona zająć się nie może. Rano dał. Dziecko młodsze za to, w nosie mając papierki, w południe rozchorowało się do kompletu. Na to samo, oczywiście. Ech. A czerwone gardło Joanny grzecznie czeka w kolejce.

O reszcie plag pisać nie będę, bo na to nie zasługują. Za to znowu w tym tygodniu będzie nadprodukcja. Po takiej przerwie! A tu akurat stuknęło blogowi 10 000 (słownie: dziesięć tysięcy) wejść! 
Coś niesamowitego.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...