niedziela, 21 lipca 2013

Bunt dwulatka. Piaskownica, czyli o dzieleniu się i klapsach

Poszliśmy sobie dziś po południu do piaskownicy. Niedziela, więc pusto, przyjemny cień. Joaśka zachwycona - cały ogródek z placem zabaw i piachem dla niej. Więc może skakać do woli, kręcić się w kółko w piachu i bawić się swoimi zabawkami bez ograniczeń. I tak sobie przyjemnie siedzieliśmy w czwórkę. A że wszystko, co dobre, się kończy, tu też się skończyło.
Do piaskownicy przyszedł Karol. Z babcią.
Karol (siedemnaście mięsięcy, przyjemny blondynek) chciał się najpierw dobrać do zabawek Joaśki. Joaśka, kiedy zobaczyła nadchodzącego "kolegę", szybko i sprawnie spakowała wszystkie swoje zabawki do wiaderka. I Karol został z niczym. Znaczy ze swoim zestawem. Babcia Karola popatrzyła niezbyt przyjaźnie na Joasię, potem na mnie też, więc zapytałam dla porządku: 
- A może pozwolisz się pobawić chłopczykowi którąś foremką?
- Nie - odpowiedziała J.
Nie próbowałam dalej, babcia uznała więc, że wszystko jasne i przestawiła zabawki Karola z piasku na murowany brzeg. Potem Karol złapał łopatkę i zaczął sypać piachem - jak najdalej i jak najwięcej. Normalne w tym wieku.
- Nie syp! - zareagowała babcia. - Nie syp, bo nie wolno!
Syp! Syp! Syyyp!
- Nie syp! Ty się nie nadajesz do piasku!
 Chwilkę bawił się "grzecznie", po czym... syyyyyp!
- Jaki ty jesteś niedobry łobuziak! Chodźmy na huśtawkę lepiej.
Karol nawet nie drgnął. Huśtawka? E tam. Syyyp! I tu się malec zdziwił, bo babcia zerwała się z ławki, wyrwała mu łopatkę, schowała i sprzedała klapsa.
- Taki jesteś niegrzeczny!
Karol, małomówny jeszcze, popatrzył z małą rozpaczą, po czym zaprotestował niewerbalnie a głośno. Dość sfrustrowany, jak na moje oko. I co? I dostał łopatkę z powrotem. Ale babcia nie wytrzymała długo i zabrała go w końcu na huśtawkę. Po czym zapaliła sobie papierosa. Cały dym leciał, oczywiście, na nas. Westchnęłam i poszłam jej powiedzieć - uprzejmie i delikatnie - że tu się nie pali.
- Przecież na powietrzu jestem - burknęła.
(Ale na następną fajkę wyszła już za płot, hm. Karol wtedy rozpłakał się w głos, bo nie chciał, żeby go zostawiała).

Czas na wnioski.

"Podziel się zabawkami", "No daj dziewczynce samochodzik!", "Ale jesteś niegrzeczny, nie możesz się bawić sam!" - nie znoszę tego słuchać.
Jasne, że trzeba uczyć dziecko zachowań społecznych. Jasne, że piaskownica jest do tego dobrym miejscem. Ale na litość, jak można kazać oddać dziecku zabawkę, którą właśnie się bawi? Gdyby ktoś obcy przyszedł i chciał zabrać mojego laptopa, "bo on też chce" - hm, hm. Co innego pożyczyć komuś z własnej woli rzecz, której się nie używa. Co innego - poczęstować paluszkami czy chrupkami. Ale dzielenie się nie polega na oddawaniu tego, na czym nam bardzo zależy. A o przedmiotach decydują ich właściciele. I już. Co lepsze, zazwyczaj ten mechanizm działa w jedną stronę: "daj dziewczynce" i "nie ruszaj, to nie twoje".
Bardzo wychowawcze.

Klaps to nie jest metoda wychowawcza. Dopóki nie miałam dzieci, nie rozumiałam, co w tym złego, żeby dać klapsa (pac! - nie żadne znęcanie się). Teraz rozumiem. Dziecko nie wie, o co chodzi. Dlaczego bliska osoba, która opiekuje się i od której oczekuje dobra, daje mu coś niedobrego. Półtoraroczne dziecko rozumie tyle, że można mu pewne rzeczy wytłumaczyć. Jasne, że jest to wymagające więcej wkładu własnego, za to efekty są o wiele, wiele lepsze (albo po prostu są). Kiedy patrzę na dzieciaki, takie całkiem małe, jak dostają klapsa, widzę, że agresja, której pozbył się dorosły, kumuluje się w dziecku, a że ono nie potrafi czekać z ujawnianiem emocji, tylko przeżywa je natychmiast, efekt jest natychmiastowy - i zły.

Co ma wspólnego oddawanie zabawek własnego dziecka innemu dziecku i klaps?
Jedną rzecz: szacunek. A raczej - jego brak. Brak szacunku dla emocji dziecka, dla jego decyzji, dla jego cielesności. Dziecko uczy się od nas. Wszystkiego. Tego też.

A żeby nie było patetycznie, donoszę, że ostatnie nieznośne wrzaski Joanny są objawem kolejnego dwulatkowego skoku rozwojowego i w tym tygodniu a to wdrapuje się na samą górę drabinki, a to skacze na dwie nogi, wspina się na bujany motor zupełnie sama i sama z niego schodzi, karmi królika (uszytego przez Ciocię Pepe) jogurtem i opowiada płynnie długie historie. Próbuje też pisać. Wygląda to tak, że rysuje kreski i kółka i wyjaśnia mi, co napisała.
- Napiszę esemesa, żeby tatuś przyszedł! - woła na przykład, po czym łapie kartkę, długopis, stawia na niej dużo kresek, a przy każdej objaśnia: "tatuś przyjdzie!".
Takie mam dziecko, o.

Fot. Ojciec dzieciom




2 komentarze:

  1. Kilka lat temu siedziałam wieczorem na plaży nad polskim morzem. Mało ludzi, prawie pusta plaża, wchodzi rodzinka z ok. 8letnim chłopcem. Chłopak zaczyna biegać po plaży, rozpędza się a potem ląduje na tyłku, próbuje robić gwiazdy, bawi się w najlepsze. A rodzice- o zgrozo!- nakrzyczeli na niego i kazali mu się "zachowywać". Ludzie często mylą wychowywanie z ograniczaniem chyba... Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, często tak jest. Że się zabrania rzeczy, które nie niosą ze sobą nic złego, ale są niewygodne albo wymagają wysiłku. Od rodziców, rzecz jasna.
      "Bądź grzeczna i nie skacz, bo mnie szarpiesz za rękę". A dzieciak sobie z radości podskakuje.

      byłam, byłam z rewizytą:)

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...