piątek, 5 lipca 2013

Bo się vytautas!

Pamiętacie jeszcze, jak pisałam o słoikach? I o tym, jak Witulek reaguje na marchewkę?

No więc dobra słoikowa passa (wyjmujesz słoik, odkręcasz, przekładasz do miseczki dwie łyżki, wstawiasz na cztery sekundy do mikrofali, słoik do lodówki i jemy) się skończyła. Gdyż Witul chce jeść sam. Rękami.


Świetnie - powiecie - oto dziecko stworzone do BLW. (Denerwuje mnie spolszczenie, więc nie będę go używać. Chyba, że to będzie Babrać Lubię Wielce). Ale co mu dać, kiedy od początku rozszerzania diety minęły trzy tygodnie? I owszem, uwielbia próbować, do pierwszej łyżeczki otwiera pyszczek sam, z namaszczeniem kosztuje, a potem chce do rączki. Albo wcale.

Sami tego chcieliśmy. Trzeba było nie dawać dziecku na imię Witold. Nie dość, że upór odziedziczony po mieczu i po kądzieli (z tym, że po kądzieli bardziej), to jeszcze na wspomaganiu.

Ale do rzeczy. Ja tu marcheweczkę, już się nastawiłam, że upoluję słoikowe brokuły, kalafiorka i zielony groszek na początek (kto je robi, o tym następnym razem) - a tu takie numery! Marchewka była dobra, ale się znudziła. Jabłka za słodkie. Jabłka z morelami za kwaśne. A może po prostu chodzi o to, żeby próbować, a nie jeść?

Z drugiej strony myślę sobie, że każde dziecko ma swój moment. I może to jest na razie moment na próbowanie, nie na jedzenie. I nie ma się co spinać, że powinien zjadać 120 g na jedno posiedzenie. Joaśka do 120 g doszła po dwóch miesiącach chyba. I też zaczynała od kilku łyżeczek. Jedzenie to ma być przygoda - chyba powieszę to sobie na ścianie w kuchni. Przygoda. Nie przykry obowiązek. Nie wmuszanie jeszcze jednej łyżeczki. Nie zobacz ptaszek leci. Przygoda. Sam. Dobre. Paskudne. Brudny i cudny mały stwór.

Stres z tym pseudo-niejedzeniem witulowym bierze się też pewnie z kolejnego kryzysu laktacyjnego. I ponurych rozmyślań. Czy on się najada? Moim mlekiem? Tak go mało. Może modyfikowane? Może dokarmiać? (Na marginesie: prawie siedmiomiesięczny WituWitu waży osiem kilo i ma osiemdziesiąt centymetrów długości. Na piersi). Ostatnio próbowaliśmy. Najpierw okazało się, że Witul nie chce pić z butelki. Za nic. Pluje, łapami paca, krzywi się, wyrywa i krzyczy. Potem okazało się, że z łyżeczki też nie. Ta butelka trochę mnie zmartwiła, ale potem napił się samej wody z kubeczka, i to całkiem sprawnie jak na faceta, który jeszcze sam dobrze nie siedzi. Mlekiem modyfikowanym pluł. Postanowiłam sprawdzić, w czym rzecz, i kapnęłam kropelkę modyfikowanego na pierś przy karmieniu. Kropelka spływała, spływała - aż dopłynęła do małych usteczek, które, słodko przyssane, nagle się odessały z głośnym cmoknięciem i bardzo oburzyły. Oj, bardzo. Wymowa była jasna. Paskudne to coś, co mi dajesz do picia, mamusiu. Nie chcę. Postanowiłam zatem nie dokarmiać Witula do roku mlekiem modyfikowanym. Zobaczymy.

A co do BLW - dziś na spacerze Witul wyciągał rączki do paluszków pożeranych przez Joaśkę. O mały włos ich jej nie zabrał. Potem spojrzał na mnie i powiedział "am, am". Półwerbalnie. Dałam mu skórkę od bułeczki. Ach! Och! Dziki zachwyt, dzika radość, brudne dziecko to szczęśliwe dziecko.
Nie ma wyjścia. Muszę znaleźć źródło sensownych warzyw i zacząć dawać mu kawałki do łapki. Albo do siateczki. Siateczka jest już w użyciu, dobra do banana, jabłka i ziemniaka. Witul trochę zjada, więcej paprze, cieszy się przy tym bardzo. Przypomina mi się wtedy stary dowcip dziadka K. o tym, jak matka Landsbergisa woła z okna: "Landsbergis, bo się Vytautas!"

Przy okazji: nie uwierzylibyście, jak bardzo można się wytautać ziemniakiem z siateczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...