środa, 17 lipca 2013

Alan i kartofel

No i proszę. Jak tylko napisałam, że Alanków już nie ma, pojawił się Alanek.
Krążyliśmy dzisiaj na spacerze bez celu, żeby zmienić nieco naszą stałą trasę. Dróżkami w cieniu, z jednego osiedla na drugie. No i ostatecznie trafiliśmy na plac zabaw, na którym był też chłopczyk starszy. Chłopczyk starszy miał ze sobą dziadka, ciemne okulary na nosie i podręczny zestaw Indiany Jonesa w rękach i kieszeniach. Tak jakby chciał się z Joaśką bawić, ale Joaśka nie lubi zabaw, w których ktoś każe jej coś robić tak, a nie inaczej, i stawia opór bierny. Czyli się nie rusza i patrzy na delikwenta wzrokiem, który dowodzi, że wiele ma jednak po mnie. Oj, wiele. Więc zabawa szła marnie. Chłopczyk był małomówny, ale przełamał lody, podając Joasi rękę, gdy próbowała wchodzić po drabince (i znowu Indiana Jones). Chcąc ocieplić atmosferę, zapytałam go, jak ma na imię.
- Nalae - powiedział chłopiec i poczułam konsternację. On też.
- Daniel? - zapytałam.
Pokręcił przecząco głową i wyjaśnił językiem werbalno-niewerbalnym, że zapytamy dziadka. To już zrozumiałam i powiedziałam, żeby dziadka z ławki nie ganiać do nas i że sama zapytam. Może Natan - pomyślałam jeszcze. Chłopczyk próbował z nami rozmawiać, ale nie bardzo nam to szło. Joaśka patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i z uśmiechem, ale niepewnym. "Co mówi chłopczyk, mamusiu?" zawisło w powietrzu. A ja doceniłam kolejną książeczkę o Pomelo, która stoi w naszej biblioteczce (czy raczej leży w różnych miejscach) - "Pomelo śni". A dokładnie opowiadanko "Coś na kształt kartofla".

[Uwaga, streszczam.]

Pomelo budzi się pod dmuchawcem i widzi coś na kształt kartofla. Kartofel się uśmiecha i coś mówi, ale Pomelo nie rozumie. "Nikt nie rozumie". Wszyscy chcą być dla niego mili na swój sposób - na przykład ślimak Gigi proponuje sałatę, ale tego z kolei nie rozumie kartofel. Z klinczu wychodzą dzięki Pomelo, który "zaczyna opowiadać, żeby kartoflowi się coś przyśniło". I jest dobrze.


Wróćmy na plac zabaw. Asia pobawiła się z chłopczykiem w zjeżdżanie, choć nie tak, jak on chciał, i było dobrze. Potem właziła na pochylnię i mówiła: "Ja mam na imię Asia, a chłopczyk ma na imię chłopczyk". Zapytałam więc dziadka.
- Alan - odpowiedział. I opowiedział mi od razu historię o tym, jak Alan, który ma pięć lat, mówi bardzo kiepsko (przez małą chwilę myślałam nawet, że po angielsku) i rodzice wydają mnóstwo pieniędzy na logopedę. W domu go rozumieją, ale z dziećmi na spacerze się nie dogada.
A potem dziadek powiedział jeszcze coś.
- Zamienili go w szpitalu, jak go zaraz wzięli na te badania takie. Potem się przyznała dopiero pielęgniarka - zakomunikował.
Ręce mi opadły.
Nawet, gdyby pomyśleć o tym poważnie, żeby zamienić dziecko w szpitalu, trzeba się bardzo postarać, a w zasadzie to niemal niemożliwe. Odkryć zamianę i nie szukać - też. Historię zakwalifikowałam więc odpowiednio - jako wyraz braku akceptacji.  Nie mówi - no, ale on zamieniony, nie nasz, wie pani.

I zrobiło mi się bardzo, bardzo żal Alana. Który, nota bene, od września idzie podobno do szkoły.
Oby w jego historii znalazł się jakiś Pomelo.

P.S. A co do Pomelo - babcia M. kupiła Joasi kolejną książeczkę, tym razem w oryginale. O kolorach. Będziemy czytać nad morzem. Już się nie możemy doczekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...