wtorek, 18 czerwca 2013

Witold Explorer

Tadam! 
Witul ma pół roku!
I jak na te pół roku (kiedy, kiedy to minęło) radzi sobie całkiem nieźle.

Pełza okrężnie, lecz nie do tylu. Do przodu też nie, na szczęście. Prawie siedzi. Gada. Mało, że gada, komunikacja dźwiękowa zachodzi na dość wysokim poziomie. Przypominam sobie czasem, jaka cichutka była Joasia. Znudziły mu się zabawki, więc wyciąga rączki po wszystko, co widzi. A spróbuj nie dać - wrzask. Zabierz, gdy dosięgnie do nie tego, co trzeba - wrzask. Płuca to on ma niezłe.

Bababa. Bamaba. Bla bla bul. Dadada.
Ba! - mówi przy babci, natomiast A! - przy Asi. Do mnie z rzadka mówi "Ma!". Obserwowałam wczoraj i dziś i to chyba nie jest jednak przypadkowe. Próbuje powiedzieć "Ta!", ale nie bardzo mu wychodzi. Zatem na widok ojca po prostu piszczy z radości. A jak ojciec zamiast przytulać natychmiast, idzie na przykład umyć ręce, Witulek jest oburzony i daje temu wyraz. Głośno.

Domaga się marchewki. Marchewkę je po rannej drzemce, całe trzy łyżeczki, choć wczoraj stworzył precedens. Kiedy po południu jadłyśmy z J. obiad, a ja swoją porcję nałożyłam do miseczki, Witul uznał, że to dla niego (choć była nieco większa, hm), a kiedy okazało się, że nie, podniósł krzyk i nie przestał, aż nie dostał swoich dwóch łyżeczek. Niestety z jabłkiem, a przy jabłku się krzywi. Marchewka jest ok. Naczytałam się właśnie w ramach powtórki o rozszerzaniu diety niemowlęcia i pójdę dzisiaj po te brokuły i zielony groszek. Niech dziecko ma szanse polubić warzywa. Dobrze to widzę, skoro woli marchewkę od jabłka.

Pije wodę z wanny. Ma przy tym dziką frajdę. Ja też. Na początku w tym celu przekręcał się na brzuch, więc miałam szansę kontrolować, ale teraz opanował picie na plecach. (Wszystkich, którzy zamierzają zapytać, czy to higieniczne i bezpieczne, serdecznie pozdrawiam). Dzięki temu poza wanną jestem w stanie dać mu trochę wody z łyżeczki, a Witul ją sobie elegancko wciąga do środka i połyka. Co nie znaczy, że da mu się w ten sposób podać syrop. Plucie też już opanował.

Domaga się spaceru. Piszczy z radości na widok zamka od drzwi, a kiedy się do nich zbliżamy, znacząco wyciąga łapki w kierunku spacerowym. W ogóle od dłuższego czasu wyciąga łapki, kiedy chce na ręce, co jest cudne samo w sobie. Chociaż częstotliwość chcenia zdecydowanie źle robi porządkom i gotowaniu.

Skończył chyba kolejny skok rozwojowy (zaraz, czy ja już pisałam o skokach rozwojowych?). I skończyło się marudzenie, a wróciło moje pogodne i cudne dziecko, żądne marchewki i zabawek Joanny. Zwłaszcza klocków Duplo, które najwyraźniej nadają się dla dzieci od szóstego miesiąca. Odkrył do tego hałasowanie. Każdą nową rzeczą najpierw próbuje potrząsać, żeby sprawdzić, czy nie grzechocze, pozytywkę muszę mu nakręcać co chwila. Walenie grzechotkami w stół i zrzucanie ich na podłogę też już mu się spodobało. Szybko jakoś.

Mądra książka mówi, że poza pełzaniem, gadaniem, śmianiem się, łapaniem i przekładaniem zabawek oraz patrzeniem za spadającym (zrzucanym?) przedmiotem mógłby jeszcze umieć stać z podparciem, ale na szczęście tego jeszcze nie umie. Wystarczy, że pełzając ruchem okrężnym jest w stanie dopełznąć do pudła z drewnianymi klockami i wyjąć sobie kilka, z satysfakcją od ucha do ucha.
Taki z niego dzielny Witold Explorer.

A najfajniejsze jest to, że jest zupełnie inny niż Joaśka.
Więc odkrywam świat po raz trzeci. Taki rodzicielski bonus, o.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...