piątek, 14 czerwca 2013

Słoiki i piski

Kiedy byłam w ciąży z Joaśką, dokształcałam się z macierzyństwa, czytając wszystko, co wpadło mi pod myszkę. Również lektury dotyczące żywienia niemowlaka. Wiecie: rozszerzanie diety, pierwsze zupki i inne takie. Zamiar miałam szczytny, bo chciałam przygotowywać jedzonko dla małej Jot sama. Poczytałam, popytałam, posprawdzałam ceny w sklepach - i skończyłam na słoikach.

Z dwóch prostych powodów.
Produkty spożywcze dostępne w normalnych sklepach nie są przeznaczone dla małych dzieci. Nie wiadomo, czym były pryskane jabłka, w czym wykąpana marchewka i tak dalej. Poczytałam trochę o wpływie nawozów na niemowlę (choćby tutaj) i doszłam do wniosku, że nie ma co ryzykować. Napaliłam się więc na warzywa ekologiczne, na kupowanie od rolnika i tak dalej. Poszukałam - no i okazało się, że jednak kalafior po 12 (dwanaście) złotych za sztukę (w sezonie) przekracza nieco nasze możliwości.  Podobnie z marchewką, jabłkami i całą resztą. W przeliczeniu niemowlęce słoiki wychodzą taniej.

No i zdecydowałam się na słoiki. Wzdychając. Bo wtedy chciałam jeszcze być wzorową matką, co to sama dziecku gotuje. (Teraz już nawet nie próbuję być wzorową matką). Udało mi się potem - rękami babci I. - dopaść niepryskaną marchewkę oraz pietruszkę. (Jeśli nie wiecie, jak wygląda niepryskana marchewka, spieszę wyjaśnić, że jest długości i grubości małego palca i miewa w środku robaki. I taka ma być.) Potem swoje jabłka, maliny, porzeczki - jakoś to poszło. Ale zasobów własnych nie było aż tak dużo, żeby wystarczyło, więc słoiki zagościły u nas dłużej. A wzorowa matka - na krócej.

A teraz do słoików dorósł Witul. Mieliśmy co prawda zaczynać w najbliższą niedzielę, ale w środę po południu obrałam sobie jabłko. Sklepowe takie. Witul aż rączki wyciągnął. Pomyślałam: przecież tylko poliże. I dałam - trzymając, żeby przypadkiem tymi dwoma ząbkami nie uskrobał i się nie zakrztusił.

Złapał.
Polizał. 
Spróbował ugryźć. 
Uskrobał trochę soku - i aż zapiszczał z radości. Smaczna zabawka!
Cudny widok.
Potem nie chciał puścić, pokrzykując przy tym "bababaBAmabadaDA*!", więc otworzyłam słoiczek (tak, dwutygodniowy zapas już nabyty**) i zjadł całe dwie łyżeczki. Upaprał się przy tym, oczywiście. A ile miał z tego próbowania frajdy!

Joaśka chodzi teraz dumna i wszystkim opowiada, że Witul już je jabłuszko.
Dla porządku wspomniałam o tym dzisiaj naszej pani doktor, która przy Joaśce szczegółowo mnie instruowała, kiedy co wprowadzać i dlaczego w szóstym miesiącu. Uniosła brwi, zdziwiona, i zapytała, czemu tak późno, skoro wprowadza się inne pokarmy w czwartym miesiącu.
Teraz zdziwiłam się ja. I przypomniałam, że Witul na piersi.
Na co pani doktor, że nie szkodzi. Przecież powinien teraz zjadać 100 gram, a zanim do takiej ilości dojdzie, trochę to potrwa.
Uch.
Podobno w medycynie co siedem lat wszystko się zmienia. Ale bez przesady!

Co lepsze, wyczytałam właśnie (bo przecież muszę sobie wszystko przypomnieć), że rozszerzanie diety zaczyna się koniecznie od warzyw! A ja tu z jabłuszkiem. Cóż.
Taka ze mnie matka niewzorowa, o.

*Nic konkretnego. Takie półzwerbalizowane okrzyki radości.
** Jak się zbiorę, to napiszę recenzję słoików. Przypuszczam, że nieprędko, najpierw musimy popróbować, Witul i ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...