sobota, 15 czerwca 2013

Smoczek

- Niech mu pani te paluchy z buzi wyjmie, bo sobie powykrzywia! Smoczek mu dać! - powiedziała stuletnia pani doktor, zerkając na Witula znad karty czytanej przez lupę z lampką.
Westchnęłam w duchu i zapytałam grzecznie, jak mam mu ten smoczek w buzi przytrzymać, skoro go wyjmuje.
- Przywiązać na gumce - odpowiedziała. - Albo rączki związać i obandażować.
Być może miała takie poczucie humoru, nie wiem. Wiem za to, że od kiedy Witul potrafi wyjąć smoczek z buzi, w ogóle go nie używamy. Czyli od trzech miesięcy.

Kiedy urodziła się Joaśka, dostałam smoczek w niebieskim pudełku (takie pudełko z gadżetami reklamowymi dla mam). Babci M. udało się raz przekonać wnuczkę, żeby go ssała. Potem pluła, krzywiła się i nieomal wymiotowała. Poszłam więc do osiedlowego sklepu dziecięcego po jakiś bardziej anatomiczny.
Wahając się, czy w ogóle jest potrzebny.
- Koniecznie smoczek, koniecznie! - powiedziała mi pani za ladą, właścicielka sklepu i ekspertka od wszystkiego (z tych bardziej denerwujących). - Moje wnuczki to używały smoczka do piątego roku życia!
Mimo tej antyreklamy smoczek nabyłam. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie, i dołączył do długiej listy niepotrzebnych rzeczy. Przy Witulu jestem mądrzejsza (i oszczędniejsza).

Wracając do smoczka: całkiem fajna rzecz, kiedy niemowlę ma bardzo dużą potrzebę ssania, nie umie utrzymać rączki w buzi, a mama nie chce być żywym smoczkiem. Ja na przykład przez pierwsze sześć tygodni byłam żywym smoczkiem, po czym okazało się, że jeszcze jeden dzień karmienia co godzinę i nie dam rady. Pobiegłam więc (dosłownie) do sklepu po smoczek anatomiczny, który okazał się najlepszym kumplem Witula przez następne sześć tygodni. Po czym Witul odkrył rączki i jak to zrobić, żeby trzymać je w buzi - i dylemat "podawać smoczek dziecku czy nie" rozwiązał się sam. 

No i z jednej strony widzę plusy: bo krzyczące na mrozie niemowlę zdecydowanie łatwiej uspokoić smoczkiem niż obietnicą rychłego powrotu do domu i cycusia. 
Z drugiej strony, kiedy patrzę na maluchy-dwulatki, które wyjmują z buzi smoczek, żeby coś powiedzieć albo zjeść, myślę, że to przegięcie.
Z trzeciej strony - Joaśka ssie palec, wciąż. I nie wiem jeszcze, jak ją przekonać do porzucenia tego zwyczaju. Postanowiłam na razie nic nie robić, bo widzę, że w okresie buntu i dużych emocji paluszek pomaga jej sobie poradzić z gniewem i zdenerwowaniem.

Od smoczka podobno łatwiej odzwyczaić, bo się zabiera i już, ale z drugiej strony jeśli ssanie jest związane z zaspokajaniem potrzeby bezpieczeństwa, a nagle smoczek znika, co czuje dziecko? Miało ważną i potrzebną rzecz, a ta rzecz nagle zniknęła. Jakie doświadczenie zyskuje?

Tak czy siak, odpowiedź na pytanie, czy dawać dziecku smoczek, czy paluszek, znajdzie się może przy kolejnym maleństwie. Na razie wydaje mi się, że to po prostu indywidualna kwestia. Dziecko samo wybiera, i już. A my możemy sobie naukowo i nienaukowo porozważać, ot, co.


Na zdjęciu: kotka Beata i ręka Joanny. Do kotów moje dziecko ma więcej zaufania niż do psów. Ciekawe, czemu, miau.

1 komentarz:

  1. ale często piszesz! czytam hurtowo raz na jakiś czas i chyba muszę zmienić taktykę, bo sesja na mnie czeka :P nie mogę znaleźć tej audycji w nowohuckim, podasz bezpośredni link?
    Gosia

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...