poniedziałek, 3 czerwca 2013

Bunt dwulatka. Joanna i Wielki Wrzask








Mamy ostatnio dwulatkowy skok rozwojowy. Piszę: mamy, bo autorką jest co prawda Joasiątko, ale udział bierzemy wszyscy, co do jednego. Wygląda to klasycznie: wszystko jest w porządku, Joanna jest słodka, loczki się kręcą, rozmawiamy sobie, bawi się, idziemy na spacer, myje ząbki lub robi coś innego, zwykłego i spokojnego, po czym nagle coś idzie nie tak. Nie po jej myśli. Niespodziewanie.

I wtedy zaczyna się Wielki Wrzask. 
Zasługuje na duże litery, uwierzcie. 

Ten wrzask jest bardzo charakterystyczny. Jeśli idziecie sobie ulicą, parkiem albo sklepem i słyszycie nagle okropny dziecięcy płacz, a potem widzicie matkę, ojca lub innego nieszczęśnika ze specyficznym wyrazem twarzy, niosącego na rękach małe dziecko, możecie być pewni, że owo dziecko jest między osiemnastym a czterdziestym miesiącem życia. Czasami, żeby nie było nudno, dziecko kopie, bije i próbuje się wyrwać.

Joaśka na szczęście nie kopie, nie bije i nie próbuje się wyrywać, a to z tego powodu, że wstępem do Wielkiego Wrzasku jest antyfona "Weź mnie!". A, przepraszam, "Weeeeeeeeź MNIEEEEEEEEE!!!".
Na rączki, oczywiście.

Idziemy na spacer w lewo, nie w prawo jak zawsze?
"Weeeeeeeeź MNIEEEEEEEEE!!!"
Nie kupimy lizaczka?
"Weeeeeeeeź MNIEEEEEEEEE!!!"
 Chociaż oznacza to raczej: "Spróbuj mnie nie wziąć, a zobaczysz!" (Czy może nawet: usłyszysz).

A kiedy już nie reaguję na "Weeeeeeeeź MNIEEEEEEEEE!!!" i idę sobie spokojnie dalej, niezbyt głośno tłumacząc Małej Jot, dlaczego nie wezmę jej na rączki, i znosząc spojrzenia przechodniów (jeśli chodzi o wygląd, przegrywam od razu z zapłakaną, lecz nadal śliczną dwulatką z loczkami, żałośnie wyciągającą rączki do matki pozbawionej uczuć macierzyńskich), Joanna łapie mnie za kolana (bo tam sięga) i woła: "Przytul mnie, bo jestem biedna". Tu serce matki nie daje już rady i śmiejąca się (zwycięsko) przez łzy Joacha ląduje u mnie na rączkach. Lub - częściej - w pouchu. (Weź mnie do połcza!) Przytulamy się. Uspokajamy. Czasami nawet zasypia, małe biedactwo.

A kiedy śpi, malutka, przytulona ciasno do mamusi, wreszcie spokojna, myślę sobie, że świat emocjonalnie ją przerasta, i ten zewnętrzny, i wewnętrzny. Że wrażliwość coraz większa, a dziecko wciąż jeszcze całkiem nieduże.  Że błyskawiczne przyswajanie nowych zwrotów, bezbłędne przywidywanie konsekwencji działań, mnóstwo nowych umiejętności manualnych i fizycznych jest dla małego stworzonka obciążające. Tyle nowości sprawia, że bardzo wzrasta potrzeba posiadania stałego rozkładu dnia, przewidywalnych punktów odniesienia, czynności-rytuałów. A kiedy tej stałości brakuje, pojawia się dużo emocji. Za dużo.

Denerwujące jest to wszystko okropnie, uciążliwe, emocjonalnie wykańczające, zwłaszcza dla dziecka i egzemplarzy bardziej empatycznych (jak niżej podpisana). Ale podobno tak ma być.

Podobno umysł dziecka ćwiczy sobie w ten sposób walkę z późniejszym stresem, frustracją i innymi niemiłymi uczuciami. Tworzy maczetą wrzasku ścieżki ucieczki w dżungli umysłu i próbuje je utrzymać niezarośnięte, rozumiecie. (Tak, porównania to mój sposób na stres, choć nie przypuszczam, żebym akurat to ćwiczyła we wczesnym dzieciństwie.)

Wracając do wrzasków i ćwiczeń, cały czas zastanawiam się, jak w tym trudnym procesie Joaśkę wspomagać. Bo że wsparcia potrzebuje, to jasne. Ale jakiego? Różne mniej lub bardziej uczone artykuły zawierają mniej lub bardziej trafione porady, ale zazwyczaj są to środki zaradcze. Nie prewencja, tylko doraźne zapobieganie wrzaskowi. Pardon, Wielkiemu Wrzaskowi. Środki prewencyjne więc na razie dobieram na drodze eksperymentalnej. Dobrze działa nazywanie uczuć. (O tym akurat gdzieś czytałam, ale gdzie? Hm.). Potem Joaśka mówi: "Zdenerwowałam się!" i Wrzask jest Mniejszy.  Dobrze też działa uprzedzanie. Ile się trzeba nagadać, ten tylko się dowie, kto ma dwulatka, ale za piątym powtórzeniem informacja o wieczorze u cioci zostaje w małej główce i wieczór jest o wiele spokojniejszy. 

Ogólnie rzecz biorąc, działa ograniczanie liczby wrzaskogennych niespodzianek. Bo dwulatki nie lubią niespodzianek, jeśli nie są zapakowane w papier i zawiązane wstążeczką. I przeznaczone dla nich.

Dorośli w sumie też tak mają.

P.S. Przed paroma dniami Młoda Matka miała swoje pięć minut w radio! A dokładniej: sześć minut i czterdzieści kilka sekund. Refleksja nr 1: zabawnie być z drugiej strony. Refleksja nr 2: "Babskiego gadania" w środę wieczór w nowohuckim.pl warto posłuchać.




7 komentarzy:

  1. zdaje mi sie , ze albo masz wybitne dziecko, alvo na zbyt wiele jej pozealasz albo... no coz przypisujesz jej zbyt wzniosle i przeintelektializowane stwierdzenia/uczucia/rozwazania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stwierdzenia i rozważania są moje, nie Joaśki. Możliwe, że wzniosłe. Jak piszę w nocy, to tak wychodzi. Uczucia Joaśki, ale to akurat nie takie trudne do zaobserwowania, a tym samym do potwierdzenia. Psychologia rozwojowa małego dziecka w zasadzie potwierdza.

      Ale może pozostańmy przy tym, że mam wybitne dziecko. Ta wersja najbardziej mi się podoba :DDDD

      A Ty masz dziecko? Jakie masz doświadczenia? Napisz koniecznie:) Nie mam ostatnio zbyt wielu okazji do obserwowania cudzych dzieci, więc chętnie poczytam.

      Usuń
  2. A ja mam dobrą książkę, którą Ci chętnie pożyczę. To nie recepta, bo każde dziecko jest inne, ale niektóre sposoby działają (przynajmniej na dwudziestkę 3 - latków). ;) Faber i Mazlisch, znasz?
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ci od "Jak mówić, żeby dzieci słuchały..."? Bardzo chętnie:)

      Usuń
  3. ...jak mówić żeby dzieci słuchały?.... hmmmm
    ...mów im to, co chcą usłyszeć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzej z ciągiem dalszym: "Jak słuchać, żeby dzieci mówiły" :D

      Usuń
  4. Tak, to właśnie ci. :) Wiadomo, że nie wszystko i nie na wszystkich, ale ogólnie przedstawione tam pomysły, a raczej nastawienie - działają. :) Przynajmniej ja jestem zadowolona. :D

    Asia

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...