czwartek, 6 czerwca 2013

Deszcz

Jestem niewyspana.

Niewyspana oznacza, że od godziny 22.30 do godziny 6.30 Witul budził się zdecydowanie zbyt często, bo jednak on też zaczął mieć katar, do tego budził się, kiedy tylko się zorientował, że nie jest już u mnie na rękach, więc spałam całą noc, tylko że z sześcioma przerwami i na siedząco.

Niewyspany mózg pracuje inaczej, co wiadomo nie od dziś. Podobno od notorycznego niewysypiania się w ciągu roku można przytyć pięć kilo.

Mój mózg z niewyspania zaczyna się unosić w oparach absurdu. I myśleć obok. Myślenie obok nie boli, tylko śmieszy. 
Na przykład taki deszcz. Wiecie, po co pada?

Żeby jerzyki mogły zrobić jeszcze jedno gniazdo przy naszym oknie.
Żebym gruntownie sprzątnęła zamrażalnik, bo jak wyjść w ulewie do sklepu z dwoma zakatarzonymi smokami?
Żeby Joasia sprawdziła, czy Pomelo słusznie się boi, że deszcz może zmyć kolory z kwiatów i liści. I żeby były kałuże do włażenia i chlupania. 
Żebym nie wychodziła na spacer wykończona i nie napotykała ciężarówki z napisem "Centrum wykończeń", albo żebym nie przechodziła koło przystanku z wózkiem pełnym Witula i zakupów i Joachą w pouchu i nie natykała się na zdziwione spojrzenie pana stojącego koło plakatu z napisem "Praca kobiety nigdy się nie kończy".
A kiedy nie wychodzimy na spacer, przychodzi pan akwizytor. Dzwoni dwa razy, co wkurza mnie na dzień dobry. Otwieramy mu z Joachą. Zaprasza mnie na otwarcie stoiska z perfumami w galerii. 
Razem z młodszą siostrą.
Traktuję to jako komplement.
Swoją drogą, jestem w bluzie męża, trzy rozmiary za dużej, w getrach i bez makijażu. I to ma być ten sławny eliksir młodości? 

A niewyspanie?
Niewyspanie to znieczulacz na wrzaski Joanny. I żródło kreatywnych rozwiazań.
Na przykład takich: Joanna ciasno przytulona do tatusia, który za dwie minuty wychodzi do pracy.
- Tatuś nie idzie do pracy!!!
Przejmuję wrzeszczące stworzonko.
- Tatuś nie idzie do pracy!
- Tatuś nie idzie do pracy, tylko do szmacy - oświadczam.
Dziecko cichnie i zastanawia się nad tym, co powiedziałam.
- Nie - oświadcza w końcu i bierze wdech.
- Nie? No to może idzie przed siebie w dal - mówię, zanim wdech zaowocuje krzykiem.
Namysł.
- Nie? To może idzie do wracy?
Obyło się bez krzyku.

Dziś krzyk jest zapędzony w kozi róg. Nie wie, co ma tam ze sobą robić.

- Zjadłam babeczkę ze skójką! - budzi mnie Joacha, bo ona poszła do kuchni, a ja przysnęłam z Witulem na tapczanie. Co nie znaczy, że Witul śpi, oczywiście. Po prostu ma za daleko do moich włosów, żeby mnie obudzić.
- Ze skórką? - przytomnieję.
Cóż. Nieco upieczonego papieru nie zaszkodzi.
Potem Joanna przynosi mi puszkę z tuńczykiem i słoik z marchewką, groszkiem i kukurydzą i oświadcza, że chce na śniadanie tuńczyku.
Dostaje.
Krzyk niemieje ze zdumienia.
Potem zaczyna popiskiwać, ale pacyfikuję go od razu:

- Zobacz, w koszyku z szalikami wyrósł por!
(Jak to dobrze, że koszyk jest tuż przy wejsciu i czasami wkładamy do niego z rozpędu różne nie do końca odpowiednie rzeczy - myślę sobie.) Joanna wyrywa pora z koszyka i zabiera go na spacer, żeby pokazać mu mieszkanie. 

Głosik w mojej głowie podpowiada, że może obędzie sie dziś bez krzyku. 
Ach.
Do wieczora jeszcze dwanaście godzin. 
O, już jedenaście.

A kiedy dzieci pójdą spać, młoda matka zamieni się w młodą redaktorkę. Jedna praca na warsztacie. Druga w kolejce. I jeszcze korekta autorska. Tu niewyspanie się przyda, bo jak na razie Urban wrócił z korekty jako Turban, a Rydzyk przeszedł transformację w Maślarza. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...