niedziela, 9 czerwca 2013

Bez dzieci

Jest druga w nocy, więc uprzedzam: będzie refleksyjnie.
I nie, to nie ja jestem bez dzieci. Dzieci śpią, póki co.

Tak sobie ostatnio rozmawialiśmy z ojcem dzieciom. Że już nie pamiętamy, jak to było nie mieć dzieci. Gorzej, nie pamiętamy nawet, jak to było mieć tylko jedno dziecko! 
Próbowaliśmy sobie przypomnieć. Chwilę to trwało.
- Wychodziliśmy wieczorem, wracaliśmy w nocy i mogliśmy spać do południa - powiedziałam w końcu i popatrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem.

Spotykaliśmy się ze znajomymi nawet wtedy, kiedy nie byli całkiem zdrowi, rozmawialiśmy jak ludzie, bez przerwy co trzydzieści sekund i refrenu "mów, mów, ja cię słucham" - nigdy nie sądziłam, że mogę mieć tak podzielną uwagę! - a sprzątanie mieszkania nie zajmowało mi nigdy trzech dni. (Z przerwami na robienie bałaganu, rzecz jasna). Wychodzenie z domu nie zajmowało pół godziny (chyba, że nie miałam się w co ubrać, oczywiście), zbieranie do wyjazdu - kilku godzin, pakowanie na weekend - kilkunastu.

Podróżowałam z torebką, jedną i nie taką znowu dużą, a nie z bagażnikiem samochodu zapchanym po dach, i to bez zabierania wózka.
Dwie godziny czasu dla siebie? Aż TYLE?
Wieczór na mieście? NAPRAWDĘ mogę wyjść?

Konkluzja naszej rozmowy była oczywista: ludzie, którzy nie mają dzieci, nie mają pojęcia, jak to jest. Nawet nie chodzi o to, że własnych, wystarczą siostrzeńcy albo dużo młodsze rodzeństwo - tyle, żeby doświadczyć, jak dzieci wpływają na życie dorosłych.
Stawiają je na głowie.

Chociaż nie, jeszcze inaczej.
Pierwsze dziecko stawia życie na głowie. Przy drugim życie wraca na nogi. I stoi na nich o wiele mocniej. 
Ważne stają się rzeczy ważne, a o nieważnych zapomina się natychmiast. I nie przypuszczałam, że tych nieważnych jest tak dużo.
Nawet o ważne rzeczy trzeba walczyć: walczyć ze zmęczeniem, zniechęceniem, z własnym lenistwem. Ze sobą. A w dodatku wciąż mierzyć siły na zamiary, czyli nie sprowadzać życia do przetrwania [jakoś zawsze miałam kłopot z tym wyrażeniem pomickiewiczowskim, które zresztą bardzo ładnie wyjaśnia profesor Bralczyk]. Krótko mówiąc: stal się hartuje, diamenty szlifują. 

Zaraz. Piec hutniczy jako metafora macierzyństwa. Hm.
Dobranoc.

P.S. Od czerwca miałam podnosić poprzeczkę, pisać trzy razy w tygodniu, a w soboty ze zdjęciami. No dobra. To jeszcze jakieś zdjęcie. 


P.S.2. Właśnie się zastanawiamy z ojcem dzieciom, czy nie obejrzeć sobie teraz jednego odcinka Sjutsów. Bo o tej porze jeszcze nie oglądaliśmy. Nawet bez dzieci.


3 komentarze:

  1. bez dzieci fakt było inaczej ale z dziećmi i tak radośniej pomimo że tyle ma się na głowie:D
    "Pierwsze dziecko stawia życie na głowie. Przy drugim życie wraca na nogi. I stoi na nich o wiele mocniej."
    dokładnie tak jest jak napisałaś niesamowite :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))

      tylko się zastanawiam, co będzie przy trzecim! :D

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...