niedziela, 26 maja 2013

Zabawy plastyczne


Kiedy jeszcze byłam bezdzietną studentką, marzyło mi się, żeby prowadzić dla dzieci (cudzych) warsztaty plastyczne. Nic z tego nie wyszło, a potem zaczęłam mieć własne dzieci. Kiedy Joaśka była słodkim niemowlakiem, wyobrażałam sobie, jak to będziemy siedzieć przy stoliczku i rysować, albo malować, albo lepić z plasteliny.

A potem Joaśka urosła na tyle, żeby nie pożreć kredek, nie najeść się plasteliny i nie pomalować się w kolory tęczy. A przynajmniej tak mi się wydawało. Więc ruszyłam do plastycznego ataku.

Na pierwszy ogień poszły kredki. Ojca kredki. Takie grube Koh-i-noory. Świetne. Okazało się, że fajnie sie im odgryza rysiki. Potem nabyłam za całkiem niemałe pieniądze kredki woskowe od roku wzwyż, francuskie, w kształcie podobno najodpowiedniejszym dla małej rączki. Świetnie się je gryzło i łamało. Dobrze też ustawiało się z nich płoty. Zakupiłam więc dwa długopisy - czerwony i zielony, bo niebieski akurat miałam, i pół roku przejechałyśmy na tych długopisach (głównie po ścianach przejechałyśmy. To znaczy Joaśka jechała, a ja pozwalałam.

A skoro już mowa o ścianie, znalazłam ostatnio to: "Początkowo dziecko tworzy bazgroły i nie odróżnia rysunku od przyborów do rysowania. Dlatego podczas malowania galopującego konia, kredka „galopuje” przez kartkę i ku utrapieniu rodziców często wyjeżdża poza papier, a część dzieła przenosi się na podłogę lub ścianę." [było tutaj]. Założyłam od razu, że pisanie po ścianie będzie ok, skoro wilgotnymi chusteczkami da się kredki ze ściany zmyć. A widok Joaśki z ekspresją rysującej zygzaki na szerokość swoich rozłożonych rąk - bezcenny.

Później kredki (i ściany) Asi się znudziły. Farb się nieco bałam, bo oczyma duszy widziałam dom pomalowany od wewnątrz w ciapki, kreski i zygzaki. Więc spróbowałyśmy z plasteliną.
No i jak zwykle - nic nie poszło według mojego scenariusza. Czy raczej poszło połowicznie. Na lepienie Joasiątko było za małe, bawić się ulepionymi przez mamę stworami za bardzo się nie da. Największa frajda: obserwowanie, jak mama lepi, i odwracanie tego procesu. Taka inna wersja burzenia wież z klocków. Dobre i to, pobawiłyśmy się całkiem nieźle. Potem plastelina zaczęła rozłazić się po domu, a że trudno się ją usuwa z wykładziny dywanowej, ojciec przytomnie usunął ją poza zasięg małych rączek.


Jeszcze później Asia dostała od cioci E. taką śmieszną masę plastyczną złożoną z małych, styropianowych kuleczek. Dla dzieci od lat trzech, oczywiście. Ale i tak trochę jej poużywałyśmy. Szybko się niestety okazało, że małe kuleczki, poza tym, że lepią się do siebie nawzajem, przyklejają się też do wszystkiego innego (patrz: dywan, spodnie, włosy) i też musiałyśmy z nich zrezygnować. Na razie. Stoją w szafie i przypominają matce, jak za dawnych, dawnych czasów robiła prymitywistyczne rzeźby gliniane.


Na sam koniec poszły farby.

Najpierw moje plakatówki, które ostały się w tych mniej sympatycznych kolorach (ugier, ta paskudna butelkowo-szmaragdowa zieleń, cynober). Asia upaprała się nimi calusieńka. Ale frajda była, przy okazji przypomniało mi się, że się robi pieczątki z ziemniaka, a Joanna doświadczyła po raz kolejny bycia siłą sprawczą (malowanie dużej powierzchni na pomarańczowo przypadło jej do gustu).

Najbardziej trafionym pomysłem okazały się jednak zwykłe farbki akwarelowe. Z osiedlowej mekki młodych matek, za 2,99. Zamieniłam Aśce od razu tragiczny, mały, plastikowy pędzelek od farb na porządny pędzel do akwareli (czy tymi pseudopędzelkami producent chce zniechęcić dzieci do malowania?) - i od tej pory malowanie jest stałym punktem programu.


Z ciekawostek: jako pierwsza została zużyta farbka różowa. Teraz intensywnie jest zużywana fioletowa. Bardzo jestem ciekawa, która będzie następna. Przy okazji pomyślałam sobie, że może coś w tym jest, że zabawki dla małych dziewczynek (i ubranka też) są właśnie różowe. Przecież Joaśka sama wybrała sobie malowanie tym kolorem, nie innym, choć wszystkie były równie dostępne.

A jak Joasia nieco podrośnie, wyślę ją na warsztaty ceramiczne. Do dziadka. Zobaczymy, co TAM zrobi. 


5 komentarzy:

  1. hahaha cudowne czasy kółka plastycznego....
    A gdzie jeszcze do tego masa solna...?

    A co do warsztatów ceramicznych - mama pamięta koraliki na rzemykach?

    Justyna Pe teraz De :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. masa solna na razie za słona:) wygląda spożywczo, więc skończyłoby się jak z ciastem na pierniczki: na surowo.
      koraliki na rzemykach- no ba! Znowu w użyciu. Joanna dopadła kiedyś pudełka z koralikami i przywaszczyła sobie sporą ilość. Co prawda bez rzemyka, ale chyba pójdę za radą babci M. i dam jej żyłkę (lub rzemyk) do nawlekania. może ją to zajmie na dłużej?

      Usuń
  2. "Zobaczymy, co TAM zrobi".
    O, matko.
    Chociaz...
    wczoraj widzialam, co potrafia zrobic z gliny troche wieksze dzieci; calkiem niezle. Mysle, ze jak Joaska podrosnie, Dziadek bedzie bardzo "za".

    A rzemyk do nawlekania za miekki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypuszczam, że pierwszy bedzie królik w skoku. Zielony.
      A z nawlekaniem stanie chyba na nici lnianej sztywnej, bo rzemyk jak wyżej, a żyłka, hm, problematyczna.

      Usuń
  3. Co do mas plastycznych, widziałam niedawno ciekawą, oczywiście nazwy nie pamiętam. Było to w każdym razie z Nowej Szkoły: http://sklep.nowaszkola.com.pl/
    Bawiłam się tym chwilę i: plusy - nie plami, nawet zjedzone nie szkodzi, bardzo łatwo się tym posługiwać. Minus - łatwo się kruszy.
    Pozdrawiam,
    Asia

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...