sobota, 18 maja 2013

Siku na nocniku

Pisałam już ostatnio, że Joanna przestawiła się wreszcie na nocnik. To znaczy ja wreszcie postanowiłam ją przestawić. No i efekty są, ha! 
Ale od początku.
Tydzień przed długim majowym weekendem zaczęłam konsekwentnie zakładać Joaśce majtki na dzień. Zamiast pieluchy. Wcześniej robiłam to niekonsekwentnie, próbowała również babcia I., która zakupiła w tym celu (rękami dziadka) nakładkę na ubikację, całkiem chętnie używaną. Moja niekonsekwencja polegała na tym, że traktowałam bieganie bez pieluchy nie do końca poważnie. Czyli nie postanowiłam, że oto koniec pieluch, i nie zaczęłam się o ten koniec starać, tylko pozostawiłam sprawy samym sobie. Mając przy tym, oczywiście, nadzieję, że Joaśka sama zacznie informować, że chce siku, a nie lać na dywan i bardzo się przy tym dziwić. Po trzech dniach nieustannego wycierania podłogi (do południa) i poczucia klęski (po południu - z pieluchą) poczułam, że należy coś zmienić. Akurat w prasie branżowej (gazeta dla młodych matek znaczy) była szczegółowa instrukcja obsługi dziecka nocnikowanego.
I zadziałała - instrukcja plus moje modyfikacje.

Więc po pierwsze - należy informować. Dziecko informować. Że od konkretnego momentu koniec z pieluchą. U nas taką granicą miał być wyjazd w góry. Po powrocie ze wsi - koniec z pieluchami. Tłukłam to Joaśce do głowy przy każdej okazji (nocnikowej i przewijakowej), przy okazji opowiadając, jak będzie wyglądała nowa rzeczywistość. Że w domu siku do nocnika. Że na dworze siku na trawkę. Że u cioci siku do ubikacji. Że majteczki.

Po drugie - należy się zaopatrzyć w duży zapas majteczek. Teraz mamy siedemnaście par, ale dwanaście wystarczy. Żeby się nie denerwować, kiedy kolejne majtki są zsikane, tylko spokojnie zmieniać na suche i już. Kupowałyśmy je razem, Joaśka sobie wybierała. Są jej.

Po trzecie - i chyba najważniejsze: PYTAĆ. Co czterdzieści minut pytać, czy siku. Albo jeszcze lepiej - iść robić to siku, choćby się miało nie zrobić.

Po czwarte - nie naciskać. Idziemy zrobić siku. Zrobiłaś - świetnie. Nie zrobiłaś - spróbujemy jeszcze raz niedługo. Ważne, żeby dziecko nie miało poczucia klęski. Ma być satysfakcja. A co do satysfakcji: w gazecie pisali, żeby zaopatrzyć się w słodką (czy jakąś) nagrodę za sukces.O, nie, moi drodzy. Satysfakcję ma dawać poczucie kontrolowania swojego ciała (i sikania) oraz niezależność od pieluch. A nie ciasteczko.  To ma być wstęp do dorosłego życia, a nie trenowanie psa Pawłowa. No i jeszcze chwalenie. Bardzo ważne, ale nie "Jaka z ciebie grzeczna dziewczynka, zrobiłaś siku do nocnika" - o matko! A cóż ma wspólnego grzeczność z sikaniem? (Na marginesie - nie używam w zasadzie słów "grzeczna" i "niegrzeczna" - są dość abstrakcyjne, ale o tym kiedy indziej). Pochwalić potrzeba, więc mówię po prostu: bardzo się cieszę, że potrafisz już zrobić siku do nocnika! Jestem z ciebie dumna! Ale uwaga: trzeba tak naprawdę myśleć. Nie kłamać. Dzieci wyczuwają kłamstwo jak małe wariografy.

Po piąte: uzbroić się w cierpliwość. Przestawianie na nocnik, szerzej znane jako, khu, khu,  trening czystości (jestem zdania, że trening czystości to może być u psa) wymaga od rodzica konsekwencji, pokory, cierpliwości i przezwyciężenia swojego lenistwa (tak właśnie). Ale to właściwie pestka, bo każdy rodzic w pakiecie przy urodzeniu dziecka dostaje bonusowe punkty i te cztery umiejętności skaczą kilka leveli w górę, ot.co.
Że nie skaczą? 
Hm. 

Tak czy siak, nasze wspaniałe i genialne dziecko starsze w ciągu trzech tygodni doszło od pieluchowego malucha do samodzielnej sikawki. Teraz, kiedy chce siku, Joacha woła: idę zrobić siku! - po czym biegnie do łazienki, zdejmuje majteczki, sika do nocnika, podciera się papierem toaletowym, a siku wylewa do ubikacji. Nie spuszcza wody, bo ma za słabe paluszki. Czasami myje ręce, ale że nie mamy stopnia (podium), bo nie odchodziłaby od umywalki (woda!), nie zawsze. A to wszystko SAMA. Podobnie z kupą, tyle że proces trwa dłużej i jest nieco brudniej, więc mama na końcu musi pomóc. Pieluchę zakładamy tylko na noc jeszcze. Mam nadzieję, że już niedługo.

A skoro już o kupie (uprzedzałam, że będzie o kupie, to blog o małych dzieciach) - mamy książeczkę "Stoliczku, nakryj się", w której chłopak dostaje zaczarowanego osła załatwiającego się złotem. Osioł oczywiście został podmieniony na zwykłego, który normalnie robi kupę, co wiernie oddał ilustrator książeczki. I Joanna, siedząc pewnego razu na nocniku, zakomunikowała zachwycona: 
- Kupa mi wypadła! Tak jak osiołkowi!
Proszę, jaki niespodziewany walor edukacyjny. 



2 komentarze:

  1. Hm...
    Za moich czasow dzieci ok. 1 roku zycia siusialy do nocnika i to bylo normalne (i wymagane!); a teraz, prosze - to sukces.
    Ale wtedy nosily pieluchy z tetry, ktore ZIEBILY, a teraz maja jednorazowe, ktore NIE ZIEBIA.
    Czyli czasem POSTEP to REGRES?
    Hm...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwyraźniej. Myślę też, że duże znaczenie ma polityka sprzedaży producentów pieluch jednorazowych. Oraz moje lenistwo, bo sadzanie na nocniku rocznego dziecka, które idei nocnika za bardzo nie rozumie i wrzuca do niego klocki zamiast... klocka (późno jest, taaak) - jest strasznie męczące
      Ale z Witulem planuję zacząć dużo wcześniej. Tak w grudniu. W końcu jego ziębi. I już teraz czeka, aż mu zdejmę pieluchę, żeby się wysikać:D

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...