czwartek, 2 maja 2013

Kaszelek. Znowu

Pierwszy raz od września (po powrocie wtedy oświadczyłam, że dopóki nie urodzę, nigdzie dalej samochodem nie pojadę), planujemy wyjazd za miasto.

A tu nagle Witul zakasłał.
Zakasłał, rozumiecie, raz. Słownie: jeden. W poniedziałek.
We wtorek zakasłał drugi raz. Joaśka też pokasływała, żądając syropku, bo kaszle. Udaje czy nie, kto ją tam teraz wie. Lepiej sprawdzić. Ostatni pobyt w szpitalu zaczął się od kaszelku właśnie. A tu nie przelewki: długi weekend, a potem szukaj, człowieku, lekarza w górach z dala od medycznych zdobyczy cywilizacji.
Poszłam więc do lekarza (Idziemy do przychodni, mamo – poprawiała mnie Jot) – sama z dwójką dzieci, o dziwo wzorowo grzecznych. Żadnych krzyków, żadnych  wrzasków, żadnych „Nieeeeee!”. Joanna pięknie bawiła się urodzinowym prezentem, Witul z zainteresowaniem oglądał dyżurną panią doktor.
Pani doktor natomiast, gdy wyjaśniłam, z czym przychodzę, z zainteresowaniem przyjrzała się mnie, osłuchała Witula, nic nie usłyszała (poza tym, co powinna), zażartowała, że chyba to mamę trzeba będzie przeleczyć, po czym zajrzała mu do gardła.
A gardło – czerwone.
Tym razem bakteryjnie czerwone.

Czyli jednak – pomyślałam sobie z satysfakcją, choć wątpliwa to satysfakcja, gdy człowiek idzie do lekarza po potwierdzenie, że dziecko zdrowe, a tu wcale nie.

Joaśka, oczywiście, to samo.
Po wywiadzie (na pytanie, czy często kaszle, odpowiedziałam, że nie, nie zdradzając, że zakasłał DWA razy) decyzja: syropek. Na szczęście nie antybiotyk, bo Witul przecież mały i na piersi, a do pół roku dzieciom na piersi antybiotyków się nie podaje (podobno). Syropek to nic fajnego, gdyż Witul syropów nie znosi i ostatnio nauczył się nimi pluć. Moje doświadczenie z podawaniem kotu leków (przy czym z kotem gorzej, bo ma zęby i pazury) już się nie przydaje. Próbowałam wybronić się inhalatorem, więc dostaliśmy inhalacje (nie zamiast, lecz oprócz syropu) i przykaz spacerowania.
 
Czyli instynkt matki mnie nie zawiódł.
Ale przyznam się Wam w tajemnicy, że gdyby to była Joaśka, nie wybierałabym się do lekarza z pokasływaniem przy ząbkowaniu, kiedy dziecko ślini się jak pies do schabu z kością. Ale Joaśka w wieku trzech miesięcy właśnie jechała na miesiąc nad morze, i przez całe swoje dwuletnie życie chorowała ze cztery razy. A ze dwa razy dostała antybiotyk.

Zapytałam od razu panią doktor, co mogę zrobić z odpornością. Powiedziała, że skoro karmię piersią i nie przegrzewam,  Witulowi pomogą tylko szczepienia. O wspomaganiu odporności J. nie powiedziała nic.

Więc do coraz dłuższej listy zagadnień do opracowania (jak mi dzieci urosną, będę chodzącą encyklopedią chyba) doszła kwestia poprawy odporności. Mam kilku podejrzanych,w tym cukier (biała śmierć). Ale o tym wszystkim napiszę, jak czegoś się dowiem, czyli po powrocie. A może Wy macie jakieś sprawdzone metody?

Teraz wracam do oglądania gór i jeziora w deszczu. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...