środa, 1 maja 2013

Bunt dwulatka. Możemy się dogadać

Tak się jakoś składa, że mam ostatnio serdecznie dość wrzasków. Rozumiem, że jak się odkrywa, że można  o sobie decydować, bo się jest oddzielnym bytem (tudzież bycikiem), to CHCE się decydować. I że jak nie umie się jeszcze wyjaśnić, co wkurza, to wszystko wkurza jeszcze bardziej. 
Joaśka też ma dość. Nie wrzeszczy przecież, bo chce wrzeszczeć. To po prostu skutek uboczny odkrywania siebie jako siebie. I już. Ten nieszczęsny bunt dwulatka.

A ponieważ mam dość, szukam rozwiązań. I co lepsze, z satysfakcją je znajduję.

Przykład?
Ależ proszę.

Każdy człowiek tworzy sobie w głowie szkic tego, co się będzie działo za chwilę. Że na przykład pójdzie do kuchni, zaparzy herbatę, zje kanapkę, posłucha wiadomości, zmyje gary i zamiecie podłogę.
Ten prościutki, bardzo elastyczny szkic łatwo jest zmienić. Ale człowiek ma tak, że lubi, kiedy rzeczy idą po jego myśli. Może nie każdy.Na pewno ma tak jednak matka, od małego uparta jak osioł. Więc kiedy zaplanuje sobie, że wreszcie umyje ten przedwczorajszy garnek, za który kiedy tylko się zabiera, dzieją się rzeczy wymagające natychmiastowej interwencji, chciałaby nareszcie plan wykonać.

Niewykonywanie własnego szkicu-planu w złym momencie potrafi matkę doprowadzić do małej furii (uroki bycia cholerykiem). Furia jest oczywiście tonowana do prawie zera ze względu na obecność dzieci. Pojawia się frustracja i bawimy się w ryczące tygrysy. Czasami zbyt ryczące. 
- Nie rycz już, mamo - mówi wtedy Joasia.

I skoro na mnie, osobę dorosłą, coraz bardziej cierpliwą i elastyczną, rozumiejącą swoje emocje, tak działa (w złym momencie) mała zmiana, która nie pozwala decydować o sobie, nic dziwnego, że z Joaśką dzieją się straszne rzeczy.

Przecież ona robi dokładnie to samo. Tworzy sobie w małej główce szkic tego, co za chwilę: zjem na śniadanie miód i marmoladę, napiję się kawki zbożowej, potem będę malowała z mamusią, a potem pójdziemy do pokoju się bawić. Może po drodze umyję ząbki.

I kiedy coś nie idzie po jej myśli, denerwuje się. Nagle i niespodziewanie. A nagłe i niespodziewane denerwowanie się dopiero wyprowadza ją z równowagi.

W czym zatem problem?
Nie mówimy sobie, jakie mamy plany.

Jak się już domyślacie, rozwiązanie jest banalne. Informować się o planach na najbliższy moment.
Przynajmniej ja powinnam informować ją.

Przykład z dziś.
Idziemy ze sklepu do przychodni. Asia zmęczona, chce na rączki. Niesie nową zabawkę. 

- Będe ją trzymać! - oznajmia Joasia. Tę zabawkę.
- Dobrze - mówię ja.
Wyjmuję pouch i odkrywam, że z zabawką w raczkach nie ma szans na włożenie jej do środka.
- Odłóż ją na chwilę, dobrze? - mówię.
I zaczyna się.
Głęboki wdech.
- Niee-EEE-EEE-EEE-E!!!!!!!!! 
[ludzie ze skrzywieniem korektorskim niech mi wybaczą]

Analiza.
Mama zgodziła się, żebym niosła zabawkę, a po piętnastu sekundach kazała mi ją odłożyć!

Wniosek.
Każdy by chyba krzyczał.

Rozwiązanie.
Przytulam Joasię. Tłumaczę, że z zabawką się nie zmieści. Próbujemy. Nie mieści się.
Odkłada ją - sama!- na chwilę do wózka. Wsiada do poucha. Bierzemy zabawkę.
Jest cicho i miło.
Ufff.

Wystarczyło pomyśleć i zacząć od wyjaśnienia.
Myślenie podstawą dobrego samopoczucia. I pamiętanie. 


                                                     
Kiedy się pamięta, że dziecko jest oddzielną osobą, wymagającą szacunku i chcącą samostanowić o sobie, i kiedy okazuje się ten szacunek i pomaga samostanowić (zaraz - czy to nie jest sprzeczne?), jest o wiele, wiele lepiej.





3 komentarze:

  1. Zasady tej trzeba przestrzegac stale i w relacjach ze wszystkimi.
    Ostatnio trenujemy ja z mezem.
    Dziala!
    Gratuluje odkrycia jej TAK SZYBKO.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      Ja odkryłam ostatnio, że trzeba ją też stosować w relacjach... z samym sobą.

      Usuń
  2. Miło mi się Panią czyta :) Odnalazłam się w tym wpisie (uparta matka trochę wariatka to ja). Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...