czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosna i zapasy z wołaczem

[z dedykcją dla dziadka K. i babci M.]

Ciepło. Miło. Wiosna wreszcie. Prawie lato. Wyszliśmy na spacer nie w dwadzieścia, ale w dziesięć minut. Może nawet w siedem. Żadnych ciepłych kurtek, rękawiczek, szalików, czapek, komboninezonów, kocyków. Mrrr. Słońce.Tłumy dzieciaków wyległy na chodniki, boiska, trawniki i place zabaw.

Joasia zachwycona zielonymi listkami, koniczyna, stokrotkami, tymi małymi niebieskimi kwiatkami, co to mi się zawsze wydaje, że to bluszczyk kurdybanek. Ale najbardziej mrówkami.

Najpierw zrywała listki i karmiła mrówki. 
- Chcą, chcą! 
(To na pytanie, jak się mrówki zapatrują na dokarmianie).
A potem kucała nad krawężnikiem, przy którym przebiegała mrówcza ścieżka, i przyglądała się uważnie. Z dziesięć minut spędziłyśmy nad mrówkami.
- Jestem u nich! - oświadczyło w końcu Joasiątko.

A potem, kiedy mrówki nie chciały podchodzić do kawałków listka:
- Żuczku!
- To nie żuczek, to mrówka - mówię.
- Mrówku! Mrówka! - próbuje mała.
- Mrówko - podpowiadam.
- Mrówko! Chodź do listka!
Uwielbiam te jej zmagania z gramatyką. 

Witul za to mrówek nie widział. Spędzał czas w najlepszy sposób. 
Spał sobie słodko w słonecznym cieniu. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...