środa, 17 kwietnia 2013

Matka naiwna

Przypuszczam, że ci z Was, którzy mieli wątpliwą przyjemność przebywać w szpitalu, dobrze wiedzą, jak to jest. A ja się niestety właśnie dowiedziałam. I tak w wersji lihgt.
(Tych, którzy po ostatnim  wpisie się niepokoili, spieszę uspokoić - jesteśmy już w domu.)

Jako, że pani doktor, która wysyłała nas do szpitala, dała mi do wyboru dwa, a ja zdecydowanie nie miałam ochoty jechać do Prokocimia, trafiliśmy do dziecięcego szpitala wojewódzkiego. Małego. Przytulnego, można by rzec. Pielęgniarki miłe. Lekarze mili. Stażyści mili i nieco wystraszeni.

Tyle, że komunikacja leży.

Dzień pierwszy. O siedemnastej przyjmują nas na oddział. Oswajamy się z nowym miejscem. Pytam, co się będzie działo. Musimy jakoś się tu zorganizować. 
Dzisiaj tylko inhalacja, może doktor do was zajrzy. I nic więcej - dowiaduję się. W porządku. Plan dnia uda się zachować, chociaż w naszej sali nowy przewijak z wanienką i wanienka niepodłączona, więc kąpieli nie będzie. Trudno. Przed snem pielęgniarka przynosi inhalator. Pokazuje, co i jak, siedzi z nami te dziesięć minut. Zabiera sprzęt i wychodzi. Potem, w nocy, historia się powtarza.

Rano kolejna inhalacja. Pielęgniarka zostawia nas samych. Dajemy radę, a co.
Po paru godzinach zaglądam na dyżurkę. 
- Inhalowaliście się?
- Tak.
- A maseczkę pani przyniosła?
Skąd. Nie wiedziałam przecież, że trzeba.
Idę po maseczkę.

Wieczorem zmiana składu. Przychodzi nowa pielęgniarka i pyta:
- Ważyliście się?
- Wczoraj wieczorem - odpowiadam.
- Ale ważenie jest codziennie rano i wieczorem - mówi. - Czemu pani nie przyszła do ważenia rano?
Ech. 
Przerywamy zasypianie, idziemy się ważyć. Wracamy z inhalacją.
Po inhalacji usypiam Witula i idę oddać sprzęt - bo już wiem, że trzeba.
- A maseczkę pani umyła? - pyta inna pielęgniarka.
- Nie.
Grrrrr.

Chyba nikt jeszcze nie wpadł na to, że przy przyjęciu trzeba rodzicom wyjaśnić DOKŁADNIE, co się będzie działo i czego się od nich w związku z tym oczekuje. To wiele uprości.

Tak samo - z diagnozą.
Gdyby nie to, że umiem słuchać uważnie, a szefowa oddziału, osłuchując Witula, napomknęła, że ma wirusowe śródmiąższowe zapalenie płuc, byłabym jak sąsiadka z sali obok, która o tym, co dolega synkowi, dowiedziała się po czterech dniach. 
W piątek podczas wizyty nikt nie mówił nic o wynikach, więc przekonana, że jeszcze tych wyników nie ma, czekam. W końcu w sobotę rano zaglądam do kuchni, gdzie trwa pielęgniarskie śniadanie, i pytam, kiedy będą wyniki.
- My pani o wynikach nie możemy nic powiedzieć, tylko lekarz. Albo informacja medyczna od poniedziałku do piątku, od ósmej do trzynastej. A nie pytała pani o wyniki? Przecież wczoraj już były!
- Nie.
- To trzeba pytać, przy wizycie, albo potem podejść, pytać, pytać, bo sam pani nikt nic nie powie! - uświadamiają mnie. Z rozbawieniem.
- A kiedy będzie lekarz? - pytam, bo chciałabym w końcu się czegoś dowiedzieć przecież.
Patrzą na mnie ze zdumieniem.
- Ale dzisiaj sobota, jest lekarz dyżurny, jeden na szpital, niewiele pani powie. W poniedziałek będzie lekarz prowadzący, jego pani zapyta.

Ech.
Przy okazji: nazwisko lekarza prowadzącego poznałam, kiedy przeczytałam sobie na wypisie i treść pieczątki. Pani doktor nie przejmuje się takimi rzeczami jak identyfikator. A żeby się w ogóle przedstawiać przy pierwszym spotkaniu? Gdzie tam. A że oglądało nas przez te cztery doby z ośmiu lekarzy i pięciu stażystów? A co, nie widać, który jest prowadzący? Ten najmniej miły, rzecz jasna. On tu leczy. Przejmuje się witulowym stanem zdrowia, stąd ta marsowa mina. Inni się... a zresztą.

Taka ze mnie matka naiwna, szpital znająca z filmowych opowieści o doktorze Housie.
Na szczęście w poniedziałek zostaliśmy ze szpitala wypuszczeni i od razu nam lepiej. Cztery miesiące Witulka świętowaliśmy w domu. A Witul przestał mieć kłopoty ze snem.

Zresztą to, jak służba zdrowia traktuje niemowlęcy sen, zasługuje na osobny wpis.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...