niedziela, 28 kwietnia 2013

Klejąca (się) podłoga

"Dobry rodzic ma klejącą podłogę, brudną kuchenkę i szczęśliwe dziecko" - głosi fruwający po fejsbuku obrazek.

Uch.
Jak jestem mniej zmęczona, to mnie takie rzeczy bawią. Jak bardziej - wkurzają. Naprawdę: klejąca się podłoga budzi we mnie agresję. Może dlatego, że chodzę boso.

Rozumiem metaforę. Że przytulanie jest ważniejsze od sprzątania. Zgadzam się z tym.
Ale na litość.
Ja naprawdę nie chcę  mieć tej brudnej podłogi. Ani kuchenki. Marzę o tym, żeby mieć dokładnie sprzątnięte mieszkanie. Codziennie zaczynam od sprzątania i niemalże kończę na sprzątaniu. Gdybym nie miała internetu, prawdopodobnie miałabym podłogę czystą. Chociaż nie. Gdybym nie miała internetu, też byłabym zmęczona po całym dniu z dwójką kochanych, ale wymagających stworzonek. Też chciałabym posiedzieć bez ruchu, nie schylać się co chwila, jak dobry grzybiarz, żeby podnieść kolejną leżącą nie tam gdzie powinna rzecz. Też nie miałabym siły sprzątać skarbów Joasi, które ona rozsypuje jednym ruchem, a które ja sprzątam pięć minut (przynajmniej), i na których świetnie się jeździ, gdy się na nie niechcący nadepnie, zwłaszcza na stalowych kulkach z jakiegoś łożyska. Dużych takich.

Zabawki zabawkami, ale kwestie techniczne związane z myciem podłogi czasami przerastają moje możliwości. Poważnie. Po pierwsze - czas. Tak z kwadrans, jeśli się chce porządnie. Plus konieczny brak obecności dziecka, które na wodę reaguje jak kot na walerianę albo muchy na miód. Dwa warunki rzadko kiedy spełnione. Natomiast posiadanie w domu (prawie) dwulatki, która właśnie jest na etapie eksperymentowania z wszelkimi dostępnymi dla jej rączek płynami, kiedy tylko mama nie widzi, (za to widzi i czuje podłoga), gwarantuje, że owa podłoga będzie do mycia codziennie.

Owa dwulatka też jest wciąż na etapie junior managera. Wygląda to tak: Joasia siedzi w swoim krzesełku i pije kawkę (zbożową). Potrąca łokciem filiżankę, kawka się rozlewa na stolik, kolana oraz podłogę.
- Rozlało się - mówi. - Wytrzyj, mamo!
Mama odrywa się od obierania ziemniaków (bliski zamiennik pisania doktoratu), mycia garów, rysowania kotów, pokazywania Witulowi parapetowej hodowli ziół i kwiatów i ściera kawkę z podłogi i reszty. Robi następną.

- Rozlało się. Znowu! 
A tu Witul już zmęczony chce spać i jeść, Joasia ma dość kawy i wymienia jednym tchem wszystkie produkty spożywcze w zasięgu wzroku oraz podkreśla ogromną chęć ich spożycia (Tejaz!!!).
Podłoga musi poczekać na swoją kolej.
A kiedy Asia się naje, a Witul zaśnie, trzeba sikać do nocnika (sic!), myć ząbki, rączki, przebierać się (przebierz mnie, mamo! Cała jestem mokra!).
Podłoga czeka.
Potem z pracy wraca tata, jakiś obiad, może spacer, a może turlanie po dywanie. W końcu pora kąpania, ubierania, robienia kakao (J.) oraz cycusia (nic nie trzeba podgrzewać. Piękne!) i usypiania.

Potem matka nie myśli już o sprzątaniu. Myśli o tym, jak by się tu zrelaksować choć odrobinę, by mieć jutro siły na mycie tej nieszczęsnej podłogi. A podłoga nie jest tu, moi drodzy, osamotniona.

To pisałam ja, młoda matka, która zamiast myć podłogę oraz inne takie i ogólnie przygotowywać dom na niedzielę, wyszła z domu. 
Wniosek: Szczęśliwy rodzic ma brudną podłogę, życie towarzyskie i śpiące dzieci.
Miłej niedzieli.


2 komentarze:

  1. JAK JA TO DOBRZE ZNAM...
    TERAZ MOJA PODLOGA JUZ SIE NIE KLEI, NA PODLODZE NIE LEZA ZABAWKI MOICH DWUDZIESTOLETNICH DZIECI, ALE CZEGOS BRAK...
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nieco zeszło z odpowiedzią - a podłoga dalej brudna:) Chociaż dwudziestoletnie dzieci też rozrzucają zabawki - tyle, że już inne. Jak sobie przypomnę siebie, to najwyraźniej bawiłam się książkami i ubraniami...

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...