niedziela, 14 kwietnia 2013

Kaszelek

W poprzedni piątek wieczorem zaczęła pokasływać Joanna. Wiadomo, dzieci chorują na weekend, żeby było weselej.

Dałam jej kaszlowy zestaw standardowy zalecony ostatnio przez panią doktor.
W niedzielę wieczorem Witulek zaczął pokasływać. Niedobrze. Przez chwilę myślałam, że to przez zęby, ale nie – zupełnie inaczej.

W poniedziałek rano zaprosiłam na wizytę domową panią doktor. Co prawda nie powinna przyjeżdżać, bo dzieci nie mają gorączki, ale przyjchała. Była u nas w dwie godziny. Prywatna opieka medyczna, ach. Korporacyjne frukta.
Spodziewałam się, że wpadnie, zapyta, po co w ogóle tu przyjechała, niedbale obejrzy dzieciaki i pobiegnie. A tymczasem usiadła i spokojnie oglądała Witula. Długo. Tak z pół godziny. Na kaszel przepisała jedno, powiedziała, że coś jakby świszczy w oskrzelach, ale pewna nie jest, więc w czwartek do kontroli. Bo może mały astmatyk.
W środę Witul kasłał jakby gorzej, więc zadzwoniłam na medyczną gorącą linię (prywatna opieka medyczna, ach) i dostałam szczegółowe instrukcje. Wykonałam je i doczekaliśmy czwartku i wizyty kontrolnej.

Na wizycie kontrolnej pani doktor zrobiła wielkie oczy, powiedziała, że dziecka z taką obturacją dawno tu nie było, nie wyjaśniła, co to obturacja, kazała zrobić zastrzyk domięśniowy rozkurczowy  i na wieść  o tym, że nie jestem samochodem, zamówiła transport medyczny.
Prywatny transport medyczny był niedostępny (ach), więc zadzwoniła po karetkę systemową.
I na sygnale, wlokąc się jak żółwie, pojechaliśmy do wybranego przeze mnie szpitala (bliżej domu, bliżej babci), gdzie uprzejmy ratownik odstawił mnie na SOR i sobie poszedł.
Przez izbę przyjęć przeszliśmy w godzinę (niesamowite), choć wszyscy pytali, czemuż to, ach, czemuż przyjechaliśmy karetką. Rozkurczowa dawka leku z przychodni została uznana za homeopatyczną (prywatna opieka medyczna, ach) i dostaliśmy kolejny specyfik –ale już drogą wziewną. Na oddziale przez godzinę (dokładnie pięćdziesiąt cztery minuty) czekaliśmy na lekarza dyżurnego, który nas na oddział przyjmie. Witul próbował spać, ale co zasnął, ktoś chciał go oglądać na golasa (ach, ci lekarze).
Pani pielęgniarka zastanawiała się, czemuż mały bidny dostał zastrzyk domięśniowy, skoro ma wenflon i można było to samo podać przez wenflon, podważając tym samym kompetencje prywatnej opieki medycznej, ach. Wyżebrałam jeszcze pampersa, bo przecież wyszliśmy z domu na godzinę. Z jedną wielorazówką  i jedną jednorazówką na wszelki wypadek. Wielorazówka budziła zdziwienie wszystkich osób, które Witula oglądały. A ja, naiwna, myślałam, że dopytam wreszcie któregoś lekarza o przegrzewanie jąderek.

No i już o piątej byliśmy przyjęci. Sami na małej sali z oknami na dwóch ścianach, sufitem na czterech metrach, innymi dziećmi za ścianą (łeeeeee! Taaaaa-taaaaaa! - oglądaliście kiedyś „Lutownicę?”  -Nieeeeeee!!!) i budową za oknem. Brrr. Wrrr. Trzask. Bam. „Eeeeeeeej, tam to daj, [cenzura]!”. (Wspominałam już, że Witulek kiepsko znosi hałasy w porze drzemki i nowe miejsca po 17.00?)
W międzyczasie niechcący dowiedziałam się, że Witul ma zapalenie płuc.
Pobrano to i owo do badań, matka dziecka przestała być ze stresu buraczkowa na twarzy i w czerwone kropki na dekolcie (pani też coś jest? – zapytał jeszcze w przychodni ratownik).

W piątek od rana odwiedzali nas lekarze, którzy chcieli całą historię usłyszeć ode mnie na żywo, więc po siedmiu razach nawet nie musiałam się zastanawiać, co mówię. Jedyna pani ordynator nie chciała, nie chciała też budzić Witula, za to zachwyciła się tempem, w jakim wraca do zdrowia i mimochodem zdradziła, że to wirusowe, śródmiąższowe zapalenie płuc.
Żebyście sobie nie myśleli: wszyscy są tu bardzo mili. Lubią dzieci i swoją pracę też. Udało mi się nawet skutecznie powstrzymać lekarzy podczas obchodu (sic!) i poczekali z badaniem, aż Witulek się obudził. Tyle, że pielęgniarki nie mogą udzielać informacji o stanie zdrowia pacjenta, a lekarze przemykają przez szpitalną rzeczywistość w obłoku tajemnicy i z pluszowym słoniem na stetoskopie.
Kolejna pani doktor dyżurna, zapytana przeze mnie w końcu, cóż to właściwie takiego zapalenie płuc (zastanowiłam się i tak naprawdę to nie wiem) wyjaśniła mi mniej więcej, że człowiek ma płuca, a jak te płuca chorują, to jest zapalenie. Była w asyście trzech stażystów, więc może nie chciała się kompromitować.

No nie. Chciałam zakończyć optymistyczną puentą.
I wiecie co?
Zupełnie niechcący udało nam się z Witulem przetrenować przenosiny z kołyski do łóżeczka. Podoba mu się. Jest żółte, ma pręty, wszystko z niego widać i miejsca jest dużo, dużo.
A mnie po nocy na karimacie na szpitalnej podłodze przestały mnie wreszcie boleć plecy! Serio!
A drugiego dnia dostałam łóżko szpitalne regulowane ręcznie. Biało-niebieskie. Nowiusieńskie.
Nic, tylko się hospitalizować.

P.S. W szpitalu leczą też rodziców z uzależnień, więc nie ma Internetu, a wpis wrzuca dla Was ojciec dzieciom. Bez którego młoda matka na pewno nie dałaby sobie w tym szpitalu rady.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...