niedziela, 7 kwietnia 2013

Dobry, zielony i brzydki


Sobota minęła, wpisu ni ma. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że spałam dwadzieścia godzin, w tym dwanaście z jedną przerwą (o ile dobrze pamiętam), i nie jadłam przez dziewiętnaście (odkrywając przy tym niechcący kolejną prawidłowość karmienia piersią). Czuję się jakby lepiej. Ale i tak dzisiaj będą głównie zdjęcia.

Zaczynamy od dobrego.
Dobrego do obgryzania, rzecz jasna, bo zęby witulkowe ostatnio dają o sobie znać.


Prezentuje go Joanna, która musiała, koniecznie musiała. "Ja, ja, JA go potrzymam do zdjęcia!" To młodszy brat słoni bezogonowych, ale ten jest już ogonowy, bo ogon też się dobrze obgryza. Ale najlepiej obgryza się trąbę.

Powstał ze bawełnianej koszuli i tym razem zamiast grzechotki ma w środku szelestnika. Zrobiłam go z celofanu, a konkretnie z worka po chlebie, z myślą, że jak po chlebie, to na pewno nie zaszkodzi. I ten szelestnik celofanowy szeleści, kiedy się go ściska i miętoli. 



Spodobał mi się ten celofan, bo w ostatecznym użyciu nie szeleści aż tak bardzo. Powiedziałabym, że wystarczająco. Intrygująco. Przez to, że bawełniany, spokojnie da się go wyprać. Co, jak wiadomo, jest bardzo przydatną cechą, kiedy dziecko uślini stwora do niemożliwości. Czyli zawsze. Ogonek też cieszy się powodzeniem, ale mniejszym, bo - na moje oko - łaskocze w podniebienie.

Czas na zielonego.
Też słoń, żeby było zabawniej. 

Ale tym razem to nie mój projekt, tylko cudzy. A konkretnie - książkowy. Kiedy Joaśka miała trzy miesiące, przydybałam na kiermaszu książek nad morzem cudną książkę z wyszywankami. Co prawda bardziej podobała mi się sama książka - ilustracje, ilustracje! - ale szycia nie wykluczałam, rzecz jasna. Kiedy Joaśka skończyła z półtora roku, zażądała oglądania tej właśnie książki ze słoniem. Drżałam nieco o jej stan (książki, nie Asi), bo ma miękkie kartki (wiadomo), ale ku mojemu zdziwieniu i Asia syta, i książka cała.  Czytanie o słoniu Stefanie i jego znajomych skończyło się, rzecz jasna, męczeniem matki. "Uszyjemy słonia! Maaaaamo!". 


No i pewnego razu matka siadła, wyszperała z pudełka z materiałami zieloną bluzeczkę frotową nie nadająca się miejscami do użytku, wycięła z miejsc nadających się do użytku słonia Stefana, w międzyczasie pozwoliła dziecku uszyć kawałek, dając mu największą i najtępszą igłę, jaką posiada (spokojnie, to naprawdę kołek, nie igła). Dziecko chwilę zszywało kawałek z wydatną pomocą mamusi, zachwycone, potem próbnie dziabnęło się igłą w paluszek, dziury nie zrobiło, bo kołek, nieświadomie cytując Tygrysa orzekło, że "Kłuje!" i dało mamie skończyć Stefana. Po czym okazało się, że musi o niego walczyć, bo Witul zdecydowanie go chce i krzyczy, żeby dać, ZARAZ!

(O książce będzie więcej potem. Chociaż producent twierdzi, że jest dla dzieci od 7 do12 lat.)

Teraz brzydki.

Mając ostatnio serdecznie dość laptopa, odłączyłam go i schowałam u ojca dzieciom na biurku. Co wbrew pozorom jest skuteczne. Postanowiłam odpocząć kreatywnie, a nie na Fejsbuku, i wygrzebałam stare rajstopy w paski, a raczej ich fragmenty. Zawsze wiedziałam, że będzie z nich kot. A kota chyba jeszcze, o dziwo, nie szyłam. Tym razem lenistwo, mylone często z kreatywnością, podpowiedziało, że można wypchać drania chusteczkami-już-nie-wilgotnymi, jak Stefana. 

(Może dlatego Stefan koniecznie chciał być na zdjęciu. Twierdzi, że udaje paprotkę.)

Z fragmentów powstał kot. Bez imienia, choć miał być Grzegorz. Ale okazało się, że nie jest.

Około północy stwierdziłam, że pysk wyszedł brzydki i że nie mam już siły nic z nim robić. I niebacznie zostawiłam go na kanapie, gdzie rano dopadło go zachwycone dzieciątko starsze i z okrzykami radości zaczęło włóczyć po domu za ogon.  Czyli postępować tak, jak się z kotami zwyczajowo postępuje, zwłaszcza, gdy się nie bronią.

No proszę. A miały być same zdjęcia.
Miłej niedzieli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...