środa, 20 marca 2013

Trzy miesiące: najsłodszy budzik świata.

Tak, jak obiecałam, dzisiaj o tym, co się dzieje, kiedy dziecko skończy trzy miesiące. Bo Witul właśnie skończył. A ja posłuchałam sobie i obejrzałam nawet też trzymiesięczną Joaśkę, podrzucaną nad morzem przez tatusia - roześmianą w głos. Rozkoszne są trzymiesięczne niemowlaki.

Oczywiście, jak zawsze, dziecko powinno nabyć kilka nowych umiejętności. No i Witulek nabył. Głowę ciągnie mocno do góry, sam się prosi o leżenie na brzuchu (Joaśka tego nie cierpiała, więc wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia), gada sobie ochoczo, kiedy się obudzi. I denerwuje go mokra pielucha. Odwraca głowę w moim kierunku, kiedy go wołam, łapie zabawki i bardzo próbuje przewrócić się sam na brzuch.

Ale poza tym zmieniło się zupełnie jego podejście do rzeczywistości. Z małej, samotnej wysepki, która towarzystwo lubi, owszem, ale tylko dlatego, że się rusza, jest kolorowe i wydaje dźwięki (no dobra, dobra, wiem) zmienia się w zwierzę towarzyskie.

Co oznacza, że w zeszłym tygodniu budził się, jadł, sikał sobie luzem na przewijaku, zapieluszałam go i wkładałam do kołyski (bo na tapczanie jest zagrożony zmiażdżeniem przez naskoczenie). I on tam sobie walczył z lewkiem, obgryzał małpie łapy, próbował łapać serduszko i inne tam takie. Lub też (pod nadzorem) leżał na tym tapczanie jednak i zabawiał się tzw. stojakiem gimnastycznym. Potrafił też na rzeczonym przewijaku spędzić kwadrans, łapiąc i obgryzając moją koszulę w kolorową kratkę, zostawiając na niej wielką, mokrą plamę (a co tam, wyschnie). Lub gapić się w przestrzeń ze swojego leżaczka-bujaczka, ustawionego wbrew zaleceniom producenta na kuchennym stole.

A teraz? Teraz, kiedy się orientuje, że zostawiam go gdzieś (na przykład na przewijaku) i idę (na przykład po suchą pieluchę, bo sama do łazienki z suszarki nie przyszła), od razu zaczyna protestować. Nie zostawiaj mnie, mamusiu, samego! Choć bardziej brzmi to jak "Gdziiiiieeee idzieeeeeesz?". (Dygresja dla wrażliwych: nie, nie narażam dziecka na upadek z wysokości 92 cm. Przewijak jest przetestowany na Joaśce i można na nim bezpiecznie zostawić małe dziecko).

Odkrył też, jak działa uśmiech, i że jak się uśmiechnie na dzień dobry, to mama się rozczuli i nie rzuci się od razu w wir zajęć (z Witulem w ramionach, a jak!). Lubi, kiedy się go rozśmiesza, i śmieje się wtedy na głos. Cudne. Ostatnio próbowałam jeszcze dospać minutkę, a do kołyski dosiadł się tata i w efekcie obudził mnie zaśmiewający się w głos Wituleczek, najsłodszy budzik świata.

No i chce gadać. Gadać. Kiedy tylko ktoś się pojawi w zasięgu jego wzroku, uśmiecha się i zaczyna rozmawiać. Dźwięków opanował już sporo. Gada też w przerwie między jedną piersią a drugą (a dokładniej w przewie między opróżnianiem piersi), wzmacniając naszą matczyno-synowską więź, a czasami budząc resztę rodziny, bo lubi ten numer wykonywać nad ranem. Dialoguje i bardzo mu się to podoba.

Przepada za przyglądaniem się harcującej Joaśce, i bardzo mu się nie podoba, jak znika mu z pola widzenia. Podejrzewam, że ruchowo wszystko pójdzie u niego szybciej, bo jest silniejszy od J. i ma większą motywację, żeby próbować na przykład przewrócić się na brzuch (!). Ludzkie twarze budzą jego zainteresowanie, bezbłędnie odróżnia znane (czytaj: widziane choć raz) od nieznanych, ale nie lubi, kiedy te drugie pojawiają się nie w porę i niezapowiedziane.

Przez pierwsze trzy miesiące nadmiar bodźców powodował kłopoty ze snem, W. robił się zmęczony, marudny i bardzo nieszczęśliwy (oraz bardzo, bardzo rozwrzeszczany), jeśli się drobnych oznak zmęczenia nie zauważyło na czas. Teraz, żeby sprawnie zasnąć, musi się zmęczyć. Chce oglądać wszystko, bardzo chce, rozgląda się dookoła, jak tylko może, lubi zmieniać pomieszczenie, podoba mu się duży pokój, w którym jak dotąd bywał rzadkim gościem (bo za dużo do oglądania).

Najbardziej jednak ujmują mnie próby powiedzenia "MAMA".
Nie, to nie żart.
Joaśka powiedziała "mamu!" ( a właściwie MAMU!!!) kiedy miała cztery miesiące. I chciała bardzo być z mamusią, a nie w drugim pokoju. Nie dowierzałam, ale poza mną słyszało to dwóch świadków. Zawołała i już. Dwa razy.
Witul natomiast próby rozpoczął wcześniej. Lub też ja wcześniej zwróciłam uwagę. A że wiem już, na co zwracać (uwagę, oczywiście), reaguję od razu na wszystkie próby powiedzenia "mmma!". A Witulek reaguje na to, że ja reaguję i kiedy już bardzo chce pogadać z mamusią, zamiast grzechotać lwem, wysila się biedak i woła "m(a)m(u)!" (te nawiasy to takie samogłoski z przydechem są).
Zdarzyło mu się już kilka razy, więc śmiało mogę powiedzieć, że zaczyna mówić "mama". Ha! Tylko czekam, co będzie dalej z komunikowaniem się (o tej niemowlęcej potrzebie pisałam tutaj).

Poza tym nauczył się znaczenia słów "cycuś" i "spacer". I kiedy, nie daj Boże, zaproponuję mu jedno czy drugie i nie dam od razu - denerwuje się i upomina.
Tak, tak. 
Małe dzieci rozumieją więcej, niż się nam wszystkim wydaje. I tak trzymać.

A teraz mogę spokojnie wrócić do sprzątania. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...