niedziela, 10 marca 2013

Jak matka na blogu pisała

Sobota. Trzeba by coś napisać.

Ale rano nie jest od pisania, rano są inne rzeczy:  śniadanie z tatusiem, który nie idzie do pracy, pranie, zmywanie, sprzątanie. Spacer. A może gdzieś dalej się wybierzemy? Może wreszcie na miasto, Witulek coraz lepiej znosi wycieczki, Joasi też to dobrze zrobi. Norma zanieczyszczenia dzisiaj nie przekroczona, trzeba to wykorzystać. 

Godzina W wybija, a tu Witul śpi i śpi. Ale nic to. Posprzątamy jeszcze. Zły moment na pisanie - zaraz przybiegnie dziecko starsze, przytaszczy swój fotelik, stanie przy mamie i zażąda oglądania ptaszków (dudki, zimorodki, sępy, zięby, wilgi i inne takie) albo rysowania kółeczek (w Paincie). I z pisania i tak nic nie będzie. Wrócimy przed obiadem, potem maluchy zrobią sobie drzemkę i będzie chwila.

Maluchy zasypiają w kawiarni. Zachwyceni, siedzimy do oporu. A potem: dom, szybkie kombinowanie obiadu, który sam się jakoś nie kupił i nie zrobił, Asia szaleje z sąsiadką starszą o osiem miesięcy, Witul oznajmia, że spać, i to szybko, bez kąpania. 

Tekstu wciąż ni ma. Tatuś szykuje się do wyjścia - żeby odpocząć nieco od nocnego wstawania i robienia kakao, idzie nie spać gdzie indziej. Witulek po półgodzinie postanawia dojeść jeszcze. Asia wypija buteleczkę soli fizjologicznej i żąda, by pustą uzupełniać wodą. I jeszcze raz. I jeszcze. Wodę po kropelce wylewa na dywan. O pisaniu mowy nie ma. Karmię Witulka i próbuję ułożyć wpis w głowie. Kreatywność szaleje. Lista tematów do publicznego obgadania rośnie. 
Witul zasypia. 

Asia za to nie śpi, chce się bawić bańkami (których nie ma), albo wodą (której jest dużo). Na sprzeciw reaguje zdecydowanie (zdecydowanym wrzaskiem). Tłumaczę, jak mogę. Byle tylko nie obudziła W., bo dopiero będzie zabawa w rozdwój-się-matko. 

Będę pisać w nocy. W nocy przecież dobrze się pisze.
W końcu przytulamy się mimochodem na kanapie, czytamy "Słonia Trąbalskiego", potem już nawet nie odwracamy stron (jak dobrze znać wierszyki na pamięć), zbliża się dziewiąta. Leżę na kanapie, na mnie małe stworzonko z funkcją grzejnika, budzę się co minutę, żeby powiedzieć dwie kolejne linijki wierszyka i przysnąć znowu. W końcu Asia definitywnie zasypia, a ja się definitywnie budzę. 

Hurra. Drugie dziecko w łóżeczku, i to całkiem śpiące. Cisza, spokój, dopiero po dziewiątej. Robię herbatę.  Dom wietrzył się długo i zimno jak w psiarni, więc zawijam się w koc i siadam na chwilę na kanapie. Wypiję herbatkę i napiszę coś wreszcie.

Budzę się nieco przed końcem soboty. 
Wyspana.
Dobre i to.
Cisza, spokój. Budzę komputer. Znowu herbata. Ciastka jakieś.
Siadam do pisania.

O tej porze pisze się dobrze. Mgła za oknem sprzyja skupieniu.
Pierwsze zdanie. Drugie.
Oho, kołyska zaczyna skrzypieć.
Trzecie.
Skrzypi coraz bardziej.
Czwarte.
Witul zaczyna popiskiwać.

Idę szybko, żeby nie obudził mi Joaśki. Zjemy, przewiniemy, będzie git.
Jemy.
Witul zasypia.
Przewijamy.
Budzi się.
Jemy dalej.
Zamiast ładnie zasnąć przy piersi, W. puszcza cycusia, uśmiecha się rozkosznie i zaczyna rozmowę.
- A-u! A-gu! Uu-e. Ee-u. Uu-e-a! AAA-GU!

I ziewa.
Jak ziewa, znaczy zaśnie.
Zegar informuje uprzejmie, że sobota skończyła się pół godziny temu.
Przytulamy się jeszcze chwilę, Witulek przysypiający wraca do kołyski, a ja do komputera.


Drugi akapit. Trzeci.

- Łe-e-e! - oznajmia Witul. Nie, mamusiu. Nie zasnę sam. Przytulaj.
Przytulam.
Jemy.
Budzi się Joaśka.


Joaśka zaspanym głosikiem prosi o kakałko. A informacja, że tatusia nie ma, a ja zrobię, jak Witul zje, budzi jej głęboki i stanowczy sprzeciw.
I głośny.
Witul zasypia, mimo wszystko.
Idę do kuchni robić kakałko.

Joaśka wypija je w moim, na cito pościelonym łóżku. Przytulamy się. Zasypia. Jest pierwsza trzydzieści.
- A-gu.

Trzecia runda przy piersi. Śpiący W. do kołyski. Asia zostaje u nas, bo jeszcze ją obudzę.
Na zegarze za kwadrans druga. Pościelone łóżko kusi. 

Wracam do komputera. Zmieniam temat. Zaczynam od nowa. 
Zapas snu właśnie się skończył. 
W podświadomości brzęczy myśl, że Witold Józef wstaje o szóstej. A między drugą i szóstą jeszcze zgłodnieje.
Ale piszę. Obiecałam sobie, że będę pisać, więc piszę.
Druga piętnaście. Skończyłam. Ha. Spać!

Kołyska zaczyna skrzypieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...