środa, 6 marca 2013

Bunt dwulatka. Nieokiełznana cierpliwość

Tuż po urodzeniu się Witulka Joasia weszła w piękny okres zwany buntem dwulatka. Wbrew nazwie uciążliwe to zjawisko występuje między 18. a 26. miesiącem życia. Na początku myślałam, że to wina braciszkowej rewolucji albo kaszlu i gorączki, jaki zafundowała sobie tuż po naszym powrocie ze szpitala. A tu niespodzianka: weszła w okres rozumienia, że jest oddzielnym bytem i może wszystko. No, prawie wszystko.

Rozumiem, dlaczego rzecz nazywa się "buntem", ale nie do końca się z tym zgadzam. Bunt trzeba jak najszybciej stłumić. A rozwój trzeba wspierać, nie tłumić.

Ale do rzeczy.
Moje spokojne, cichutkie i miłe dziecko (oczywiście w granicach rozsądku) zaczęło nagle płakać bez powodu. Przynajmniej bez wyraźnego powodu. Mało tego, nie tylko płakać, ale drzeć się na cały głos. I czasami tupać nogami. Zajęta ogarnianiem systemu z dwójką dzieci, w tym jednym czterodniowym, zrzucałam winę na brak stuprocentowej dyspozycyjności mamusi. A potem - na chorobę oraz pojawiającą się i znikającą gorączkę. Kiedy Joasia płakała, biegłam na ratunek, przytulałam, uspokajałam - co się kończyło jeszcze gorszym wrzaskiem. Na szczęście noworodki mają mocny sen.

W dodatku babcia, zdumiona zachowaniem mojego dziecka starszego, wyznała, że kiedy Joasia jest u niej, nic podobnego się nie zdarza. Piknie.

Aha: czy wspominałam już, że słowem kluczowym jest "nie"?
A raczej: "NIEEEEEEEEE tup-tup-tup-tup!!!"?
No i to słowo kluczowe dało mi do myślenia, więc w porze drzemki obydwu smoków naraz zajrzałam do wszystkowiedzącego internetu. Przeczytałam sporo dobrych rad i zaczęłam stosować je od zaraz.

Bowiem dziecko, które odkrywa, że jest oddzielną osobą i może robić, co chce, jest tą świeżo odkrytą wolnością zachwycone przerażone. Wiecie: błogosławieństwo i przekleństwo.

Ratunkiem jest, wbrew pozorom, wyznaczanie granic. Trzeba też rozróżniać między zachciankami a prawdziwymi potrzebami. Co jest trudne, ale nie niemożliwe. I mieć morze - co mówię! ocean - cierpliwości. Nieokiełznana cierpliwość, jak kiedyś powiedział ojciec dwójki naszych dzieci w napadzie głupawki.
Oraz konsekwencja.

Czyli kiedy mówię: "Ciastko zjemy po obiedzie", i ma to racjonalne uzasadnienie, nie daję się przekonać wrzeszczącemu dzieciątku, tylko dodaję: "Jak się uspokoisz, pójdziemy się bawić klockami. A teraz siądę sobie tutaj i poczekam".

Efekt?

Rozdarta jak stare prześcieradło Joanna wyciera wierzchem dłoni nos i z drżącą jeszcze brodą, trzęsącym się głosikiem oznajmia:
- Uspokoiłam się tejaz!
I idziemy do klocków, w tym ja heroicznie ukrywając, że trzęsę się ze śmiechu.

Cierpliwość, rozsądek, konsekwencja - te trzy. Z nich zaś największa jest cierpliwość.

A do tego - empatia.
Czytając o buncie dwulatka, natrafiłam na takie stwierdzenie: "Dwulatkowi wydaje się jeszcze, że najbliżsi znają jego myśli. Często zamiast o coś poprosić, od razu robi awanturę, bo uważa, że wszyscy wiedzieli, czego pragnie i mu tego nie dali." (było tutaj). A że tekst wyszedł spod pióra psychologa dziecięcego, rozważyłam to na poważnie. I zgadza się. Do tego potrzebna jest empatia - żeby wciąż rozumieć, czego dziecko chce. Empatia i uważna obserwacja.

Ale przede wszystkim - nieokiełznana cierpliwość.
Bardzo, bardzo nieokiełznana.



                                                                   

1 komentarz:

  1. dużo cierpliwości życzę Ci, ja juz bunt dwulatka przechodzę drugi raz i to właściwie bez przerwy pomiędzy tym pierwszym i tym drugim

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...