środa, 13 lutego 2013

Sześć potrzeb niemowlaka

-E-e-e ehe-ehe łee! ŁEEE! - mówi Witulek.
-Łee ŁEEEE! - dodaje Joasia, która próbuje robić to, co braciszek.
Z lekka przerażona zastanawiam się, jak długo te próby wytrzymam. Ostatnio znalazła w szufladzie swój stary, raz użyty smoczek, który wypluła wtedy z obrzydzeniem i zabawa się skończyła. A teraz biega po domu i próbuje go ssać z obu stron: raz gumę, raz plastik. 
Wituś ma smoczek - więc Asia też. I też robi "łeee".
- Co mówisz, Joasiu? - pytam w końcu na wszelki wypadek.
- To znaczy, że Wituś chce cycusia - oznajmia.
Oddycham z ulgą. Obędzie się chyba bez powrotu z etapu mowlęcia do niemowlęcia.

Inna rzecz, że mała Jot jest sposobem komunikacji Witulka bardzo zainteresowana. Kiedy po raz pierwszy udało mu się powiedzieć "a-gu", a ja powtórzyłam po nim na zachętę, Joaśka podchwyciła i teraz próbuje mówić do niego jego językiem.

Że to język, nie ma wątpliwości, i kiedy się człowiek wsłucha i przyjrzy, odkryje szybko, jaki dźwięk co oznacza (o czym świetnie pisze Tracy Hogg). I nie jest to za bardzo skomplikowane, ponieważ noworodek ma zasadniczo pięć potrzeb. Czyli pięć komunikatów.

1. Jestem głodny!
2. Wkurza mnie ta brudna pielucha!
3. Jestem zmęczony! Spaaaać!
4. Boli!
5. Przy-tu-laj!

Taka lista potrzeb przyczepiona na ścianie nad łóżeczkiem (lub na ścianie w pamięci) bardzo się przydaje, kiedy małe stworzonko robi się czerwone od płaczu i nie może przestać. Łatwo wtedy sprawdzić, która z potrzeb nie została zrealizowana - i do dzieła. A jak pomaga rodzicom (i opiekunom)! Zamiast płakać razem z dzieckiem (bardziej wrażliwi) lub wychodzić z pokoju* (mniej cierpliwi) możemy rozsądnie zająć się zapobieganiem nieszczęściu. Co uspokaja nas i maluszka w efekcie też.

Przy okazji: słyszałam od kogoś, że dziecko płacze, bo się nudzi. Bzdura. Noworodek się nie nudzi: dla kogoś, kto ogląda świat od kilku czy kilkunastu dni, nawet wzorek na ścianie kołyski jest bardzo, bardzo zajmujący. A ubranko w paski? A ściana z cieniem rzucanym przez mamę przy przewijaniu? Wszystko jest nowe. A dzieciątko płacze ze zmęczenia nadmiarem bodźców.

Wracając do typów płaczu - płacz jest komunikatem ostatecznym. Albowiem wymaga sporo energii, która to energia jest potrzebna do wyrastania ze śpiochów i oglądania wzorków. Dziecko, zanim zacznie płakać, komunikuje się całą serią różnych dźwięków i gestów. Charakterystycznych. Nietrudno je rozpoznać, a kiedy dojdziemy do wprawy, możemy słyszeć niemowlęcy płacz tylko przy okazji szczepienia. 

Zauważyłam też logiczną i prostą (w końcu to stworzonko w kołysce to mały człowiek, prawda?), ale i tak zadziwiającą i fantastyczną rzecz: niemowlę pilnie obserwuje swoją mamę i szybko uczy się, jak też ona reaguje na jego zachowanie. I potem stara się powtórzyć ten gest lub dźwięk, który spowodował, że zostało przytulone, nakarmione, odbite, położone w łóżeczku do spania. Zaczyna od pierwszego dnia, ale idzie mu nieporadnie, bo nie panuje przecież nad swoim ciałem. A my, dorośli, patrzymy na te usiłowania i mówimy: "Hm. Zachowuje się, jakby sam próbował odbić na leżąco - ale zabawnie! Przecież on tego NA PEWNO nie ma na myśli! Za mały jest!"

Wniosek: szóstą potrzebą niemowlęcia jest komunikowanie się. A może nawet pierwszą. Poczucie, że rodzic ROZUMIE. Jestem przekonana, że tak jest. Przekonuje mnie wyraz rozpaczy w malutkich oczkach, kiedy nagle mama, zamiast nakarmić, próbuje kołysać, mruczeć, podawać smoczek, włączać suszarkę, zaglądać do pieluchy, kąpać i gasić światło. Wszystkie te zabiegi wykonałam ostatnio osobiście na moim wrzeszczącym (drugi raz w życiu**) dziecku, bo niebo waliło mi się na głowę i nie zauważyłam w porę, że Witulek mówi, że jest GŁODNY. A że ze zdenerwowania nie złapał piersi od razu, skreśliłam głód z listy i szukałam dalej. I kiedy wreszcie się najadł, uśmiechnął i zasnął, niebo wróciło na swoje miejsce. 

Puenta.
Człowiek jest z natury istotą komunikującą się. Od pierwszego dnia - na zawsze. Vide mój blog. A poczucie bycia rozumianym daje emocjonalną stabilność. I już.



*Wychodzenie z pokoju nie jest przejawem nieczułości. Wręcz przeciwnie. Kto jak ja jest cholerykiem, na pewno zrozumie. Lepiej zostawić na chwilę wrzeszczące dziecko, któremu trzydzieści sekund nie zrobi różnicy, wziąć trzy głębokie oddechy, walnąć pięścią w ścianę i ze spokojem wrócić. Emocje się przecież udzielają. Spokój też.

**Pierwszy raz nastąpił przy szczepieniu. Tym między szóstym a ósmym tygodniem. I przy Joaśce, i przy Witulku byłam zdumiona, że moje dziecko potrafi TAK się drzeć.


1 komentarz:

  1. przydatne informacje, w sumie bardzo logiczne, ale wydaje się, że wiele młodych matek o tym nie wiem. ja w każdym razie na pewno bym nie wiedziała :)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...