środa, 27 lutego 2013

Mleko zaczyna się w głowie


Słowo "kryzys" pochodzi z greki. I nie oznacza ani końca, ani kłopotów. Oznacza przełom. Zmianę. I kryzys laktacyjny to nic innego, jak zmiana właśnie. Zmiana pokarmu. O czym zazwyczaj nikt nas, matek karmiących, nie informuje.
Tak było w czasach mojej mamy, i teraz też. Owszem, każdy chyba portal zajmujący się tematyką dziecięco-macierzyńską ten problem porusza, ale wierzcie mi: młoda matka, która nagle zauważa, że mleka mniej, a dziecko głodne i niespokojne, nie myśli: "O, mam kryzys laktacyjny".
Myśli raczej: "Cholera, nie mam pokarmu, małe jest głodne, co zrobiłam nie tak?" Albo nawet nie myśli, tylko płacze razem z płaczącym z głodu, ssącym pustą (ciągle pustą!) pierś dzieckiem. Frustrujące, jak mało co. Poziom własnej, matczynej wartości spada. W powietrzu zaczyna się unosić odległa sugestia o kształcie butelki. 

Dygresja: nie jestem przeciwna dokarmianiu. Są przypadki, w którym sztuczne mleko (zwane ładnie mlekiem modyfikowanym) ratuje życie. Dosłownie, bo ratuje przed głodem, brr. Krążące po rodzinie historie (o czasach wcale nie tak bardzo minionych, choć teraz pełne półki) budzą lekkie przerażenie. O tym, jak to dzieci zgodnie z sugestią lekarza przestawione wcześnie na butelkę chodziły (a w zasadzie leżały) głodne, gdyż... Bebiko w sklepie się skończyło i kiedy dostawa, nie wiadomo. Wcześnie - czyli około trzeciego miesiąca, kiedy pojawia się kryzys laktacyjny. 


Nierozsądne dokarmianie rozregulowuje delikatny mechanizm laktacyjny. 


A potem nie ma wyboru. Butelka i już.

Wróćmy jednak do kryzysu. 
Kiedy Joaśka miała rzeczone trzy miesiące, mleka zrobiło się mniej. Dziecko przy piersi co godzinę, marudne jakieś. Zbiegło się akurat ze szczepieniem, więc korzystam z okazji i pytam panią doktor (nie naszą, bo nasza na urlopie), czemu mam za mało pokarmu. Pani doktor spojrzała na mnie spode łba, poinstruowała, że mam przeżuwać cały czas, jak krowa na pastwisku, roześmiała się basem i skończyła temat. A, przepraszam. Wykpiła jeszcze herbatki laktacyjne.

Wróciłam do domu, nakarmiłam dziecko, zjadłam kanapki, siadłam do internetu, znalazłam dużo, dużo informacji o tym, czemu w trzecim miesiącu brak pokarmu i że to kryzys laktacyjny, nakarmiłam dziecko, wypiłam pół litra wody, zjadłam kolejne kanapki i doczytałam do końca. Dowiedziałam się, że zmienia się skład pokarmu. Coś, jakby jedna linia produkcyjna była zamykana, a druga otwierana, więc chwilowy niedobór może się zdarzyć. Trwa do trzech dni. I jest najzupełniej normalny. O czym pani doktor mnie jakoś nie poinformowała. A także o tym, że równie ważne jak jedzenie jest pozytywne nastawienie. Mleko bowiem tak naprawdę zaczyna się w głowie, nawet jeśli produkuje się trochę gdzie indziej.

Karmiąc piersią drugie dziecko (które, nota bene, kryzys, nie kryzys, jest w dzień przy piersi co godzinę i już) mogę śmiało stwierdzić, że potrzebne są następujące rzeczy:

1. jedzenie
2. picie (te 2800 ml to naprawdę nie jest za dużo)
3. spacer (tlen!)
4. brak stresu
5. głębokie przekonanie, że MOGĘ.
6. oraz wszystko, co może pomóc. Nawet, jeśli to potęga sugestii.

Wróćmy na chwilę do tych herbatek laktacyjnych, wykpionych przez panią doktor. Jak działa herbatka? Pomaga w trawieniu (matka szybciej przyswaja, mleko ma z czego się robić). Lekko zmienia (podobno) smak mleka, dzięki czemu dziecko chętniej ssie (a jak ssie, to wysyła sygnał ilościowy, i mleka robi się odpowiednio dużo). No i działa na świadomość matki: "Piję to paskudztwo, więc będę miała pokarm" (patrz punkt 6) . Taka świadomość działa relaksująco. (Patrz punkt 4).

A po dwóch-trzech dobach kryzys przechodzi, pokarm wraca, spokój wraca. Małe oczka nie patrzą z rozpaczą na mamusię, która nie może nakarmić, bo mleczka nie ma. 

Trzeci tydzień. Szósty tydzień. Trzeci miesiąc. Trzy momenty przełomowe.
Jak się wie, że to kryzys, wiadomo, co robić. Bez stresu.

A przed nami jeszcze doba, góra dwie. I już.
Idę coś zjeść.




2 komentarze:

  1. No wlasnie. Kryzys laktacyjny.
    A ja tego nie wiedzialam, chociaz bylam po krakowskiej szkole rodzenia, jednej z pierwszych w kraju. Wtedy byla to wielka nowosc zapoczatkowana przez nieodzalowanego prof. Wlodzimierza Fijalkowskiego z Lodzi) . W tamtych czasach jeszcze zdawalysmy sie na instynkt i rady matki.
    A stresu nalezy unikac, bo wiem z doswiadczenia, ze pokarm zginie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stres - milk-killer. Zgadza się.
      Ale odkryłam ostatnio, że poza brakiem stresu chodzi o uczucie ciepła i sytości. Naprawdę. Jak nie jadłam i nie piłam (!) przez 20 godzin, bo się strułam, ale miałam stan podgorączkowy (ciepło) i nie chciało mi się zupełnie jeść, miałam pokarm. A jak jadłam dużo i marzłam - już nie.
      Ciekawe.
      Muszę o tym jeszcze gdzieś poczytać (albo popytać).

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...