sobota, 12 stycznia 2013

Miś z kolegą i pewna historia


Najpierw pojawił się miś. Wziął się stąd, a konkretnie z fejsbuka, bo tam właśnie wypatrzyła go Joaśka i zachwyciła się nim, że hej.
Więc z brązowego polaru uszyłam któregoś popołudnia misia. Szycie to bardzo przydatne zajęcie w ciąży. Niewiele myślenia, skupiać też się zanadto nie trzeba, jak sobie człowiek nie wybierze zbyt skomplikowanej rzeczy. Sama przyjemność.

Uczciwie muszę tu przyznać, że narysowany - w charakterze wykroju - podobał się Joasi bardziej niż uszyty. Ogólnie woli rysunki od maskotek, takie dziecko. I teraz mamy misia-półkownika.

Kolega misia pojawił się za to z myślą o niemowlęcej miłości do metek i wszystkich kończyn oraz odnóży, które da się ciągnąć, ślinić i obgryzać.

W środku ma grzechotkę. Grzechotka jest zrobiona domowym sposobem, a stwór zdatny do prania, co mnie bardzo cieszy, gdyż zabawki sklepowe zazwyczaj mają napisane na metce "przecierać wilgotną szmatką". Producenci chyba nie mają dzieci, lub też nie mają wyobraźni, albo jedno i drugie.


Przy okazji podglądania szyjących matek - takich bardziej zaangażowanych, w przeciwieństwie do mnie, jak na przykład kura D - trafiłam na wywiad z jedną z nich. Nieistotne, którą.

Mama ta ma prawie roczną córkę, pracuje na pełnym etacie, a wieczorami szyje; ma też własny sklep internetowy.
Nieźle - pomyślałam.
Ja tu sobie sprzątam, zmywam, gotuję, mamuję, i to jeszcze nie sama (uroki małżeństwa wolnych zawodów, ha). A i tak na sporo rzeczy brakuje mi czasu, chociaż jestem zdecydowanie coraz lepiej zorganizowana.

Czytam więc dalej, szukając tego cudownego środka organizującego czas.

A tu niespodzianka.
Owszem, mama, o której mowa, pracuje na etacie, a po 20.00, kiedy dziecko zaśnie, zajmuje się własnym biznesem - szyciem i sklepem, ale... dzieckiem do 17.00 zajmuje się mąż, który pracuje w systemie dwa i dwa: dwa dni w pracy, dwa dni w domu. Kiedy wypadają mu dwa dni w pracy, do dziecka przychodzi opiekunka. I oboje - mąż i opiekunka - zajmują się pracami domowymi.

A nasza mama po powrocie z pracy ma trzy godziny dla córeczki, a potem resztę czasu dla szycia.

Z jednej strony - podziwiam i zazdroszczę przedsiębiorczości  i organizacji. Oraz możliwości. Podziwiam i też bym tak chciała.
Z drugiej strony, kiedy zajmuję się Joaśką cztery-pięć godzin rano, a potem jedzie do babci i nie ma jej w domu do późnego popołudnia, mam wrażenie, że coś tracę. Że tyle rzeczy mnie omija. Nowe słowa, nowe wrażenia, nowe umiejętności. Tyle rzeczy, które przeżywamy zazwyczaj razem, a kiedy Joaśki ze mną nie ma - oddzielnie, a ja nawet - wcale.

Dzieci rosną bardzo szybko. Zmieniają się z dnia na dzień. Obserwowanie tego to coś pięknego, chociaż  cena nie jest mała. Ale bywają jeszcze na szczęście rzeczy bezcenne.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...