wtorek, 8 stycznia 2013

Jak (nie) odpoczywać

- Weźmiemy jutro Joasię i trochę sobie odpoczniecie - powiedziała babcia I.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Przed jedenastą dziecko starsze zostało wsadzone w tramwaj (z babcią, z babcią!), a ja zaczęłam planować sobie dzień z jednym dzieckiem.

Umyję wreszcie podłogę w kuchni. I upiekę ciasteczka, które nie naruszą restrykcyjnej dość diety matki karmiącej. Nadrobię zaległości w pisaniu. Zrobię pranie. Zadzwonię do mamy i poczytam gazetę. I może nawet się zdrzemnę.

Niedługo potem Witulek otworzył jedno oko, potem drugie i już ich nie zamknął na dłużej aż do godziny szesnastej, kiedy to uciął sobie dłuższą drzemkę na mamie, razem z tą ostatnią. Przed tą drzemką natomiast, w przerwach między karmieniem, przewijaniem i przytulaniem, próbowałam realizować różne rzeczy z listy wyżej. Ale jakoś nic nie wychodziło. Ani mycie podłogi. Ani pieczenie ciasteczek. Ani nawet czytanie gazety. Tylko pranie zrobiłam, ale nie miałam jakoś chęci go powiesić. Coś jadłam, coś piłam, snułam się po domu i fejsbuku, zastanawiałam, jak tam Joaśka i kiedy wróci. No i zadzwoniłam do mamy.

W domu było cicho, pomijając noworodkowe popiskiwanie i postękiwanie. Cicho, niezbyt porządnie, sennie i nieco dziwnie.

Po popołudniowej matkodrzemce mały został wykąpany i uśpiony, a tuż po tym, jak wreszcie na dobre zasnął, a ja pożaliłam się ojcu moich dzieci, że miałam odpoczywać, a tu jestem jakby bardziej zmęczona i nie zrobiłam dzisiaj nic sensownego, dziadkowie oddali nam dziecko starsze.

Joasia od razu mi powiedziała, że mamusia się stęskniła. Potem wypiła mi całą - no, może bez dwóch łyków - herbatę, z entuzjazmem witając mnie siadającą z kubkiem owocówki na kanapie, potem zjadła mi pierniczka, oddając ostatni, uśliniony nieco i rozmiękły kawałek.

A później była już 20.30.
Do 22.00 zdążyłam gruntownie sprzątnąć łazienkę, połowicznie ogarnąć kuchnię i nieco duży pokój (ten z zabawkami, hm) oraz zrobić jeszcze drugie pranie. Wszystko to w towarzystwie Joaśki, która, zachwycona, wycierała sobie swoją ściereczką co popadło i zamiatała śmieci, których już nie było, bo ja zamiatałam pierwsza. Rozmawiałyśmy sobie przy tym miło i niezobowiązująco.

A kiedy Joasiątko padło wreszcie, czytając z tatusiem bajeczki na dobranoc, zrobiłam sobie herbaty w (prawie) sprzątniętej kuchni i poczułam się wypoczęta.

Wniosek:
im mniej czasu dla siebie, tym więcej czasu dla siebie.
Cóż.

P.S.

Dla tych, którzy nie mają w domu niemowlęcia, które w nocy śpi w bardzo długich, bo trzygodzinnych odcinkach (co oznacza dla matki dwie godziny snu i czterdzieści pięć minut czuwania na przemian, do czegoś, co niektórzy nazywają ranem, a ja nazywam... no, mniejsza z tym, jak) oraz do kompletu rozgadanego i biegającego dziewczęcia z buntem dwulatka czyhającym tylko na dogodny moment, żeby wyleźć z kąta, uwaga na marginesie:

zazwyczaj po 20.00 jedyną czynnością, jaką jestem w stanie wykonać, jest spanie.

Zobacz, jak było wcześniej, z Witulem jeszcze w brzuchu:






2 komentarze:

  1. Ale ciasteczka... az slinka cieknie! Na pewno z porzeczkami. Dieta jeczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z porzeczkami:) Najprostsze na świecie, aczkolwiek faktycznie mało dietetyczne.

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...