sobota, 8 grudnia 2012

Do indukcji biegiem marsz!

Termin porodu to rzecz nie do przewidzenia. Jasna sprawa dla każdego, kto miał bliższy kontakt z kobietą w ciąży. W zasadzie określa się go w przybliżeniu do... miesiąca. Czyli między 38- a 40-tym tygodniem.

Pokolenie mojej mamy nie miało jeszcze do dyspozycji ani (prawie) USG ani tym bardziej KTG, więc nie musiała zjawiać się co tydzień w szpitalu, żeby poleżeć sobie pół godziny, słuchając serca dziecka, które brzmi dokładnie jak pociąg pospieszny, martwiąc się, że to akurat pora drzemki maluszka i faszerując sie czekoladowymi batonikami, żeby szkraba obudzić i zachęcić do aktywności.

Moje pokolenie natomiast nie ma tyle przedporodowego luzu. Jasne, można z KTG nie skorzystać, ale skoro jest, głupio by było coś istotnego dla zdrowia dziecka przegapić i potem pluć sobie w brodę.

Więc zjawiam się na badaniu co tydzień, aż według wyznaczonego terminu kończy się 41 tydzień. Zalecenie (administracyjne) jest takie, żeby po 41 tygodniu poród indukować. Nawet bez wskazań medycznych. Ot, tak po prostu, na wszelki wypadek, żeby coś się nie stało. Bo - jak powiedział mi mój doktor - położnicy są najczęściej pozywaną grupą lekarzy, więc dmuchają na zimne. I zakładają balonik.

Balonik jest sympatyczny tylko z nazwy, tak naprawdę to tzw. cewnik Foleya włożony w miejsce porodowo odpowiednie, napełniony solą fizjologiczną i udający przed szyjką macicy, że jest obniżającą się główką dziecka.

Już przy poprzednim porodzie miałam się zjawić na patologii ciąży w celu wywołania dziecka z brzucha, ale urodziłam sama dzień przed terminem wywołania i jedenaście dni po terminie porodu. Tak zwanym terminie.

Tym razem też nie zamierzam dać się indukować, więc od 40 tygodnia pani położna od KTG ogląda mój gruby brzuch średnio trzy razy w tygodniu. Czasami nawet codziennie. Brrr. Doktor,który na szczęście ma poczucie humoru, każdą wizytę zaczyna od "To co, dzisiaj panią kładziemy!" i tylko czeka na moje "O, nie!" poparte kolejnymi argumentami wziętymi z badań i innych rekomendacji PTG, czytanych dla rozrywki wieczorami.

Takie czekanie na naturalną kolej rzeczy przypomina trochę walkę na froncie. Póki trafiałam w dyżur mojego doktora, sprawa była jasna. Za to ostatnio musiałam przejść przez izbę przyjęć, z całym zamieszaniem i pisemnym odmawianiem hospitalizacji. Doktor zerknął na KTG, na którym widniał spadek tętna dziecka (ale nie zapytał, co się działo, a szkoda, bo gdyby zapytał, dowiedziałby się, że mały miał czkawkę i uciekł spod czujnika), przyłożył końcówkę USG do brzucha na dziesięć sekund i powiedział, że szpital, patologia i indukcja.

Pytam grzecznie, dlaczego.
- Ja nie będę pani medycyny uczył. - odpowiada uprzejmie doktor.
- Skoro mam zdecydować, czy zostaję, czy wychodzę, dobrze by było, żebym wiedziała, co się dzieje - odpowiadam jeszcze uprzejmiej. Po czym wyjmuję badania z wczoraj - KTG, przepływy, inne takie - słowem, wszystko. I zaczynam tłumaczyć, dlaczego nie chcę indukcji.
Doktor słucha, patrzy na mnie i pyta:
- Pani ma lekarza w rodzinie?
Odpowiadam, że nie. I pytam:
- A co się może stać?
- Wszystko - odpowiada ponuro doktor - Mam panią straszyć?
- Poproszę - mówię.
Więc zaczyna wymieniać.
- Czy jestem w stanie w domu samodzielnie zauważyć objawy? - pytam w końcu.
- Jak najbardziej - mówi doktor.

Podpisuję się więc pod oświadczeniem, że odmawiam hospitalizacji na własne życzenie, i wracam do domu.
Z poczuciem, że wygrałam kolejną potyczkę. Bo akurat to jest oczywiste: jeśli nie ma medycznych wskazań do zakończenia ciąży, najlepiej dla dziecka, żeby urodziło się samo, we własnym terminie. 

Przy okazji: w Polsce około 50% kobiet ma poród indukowany. A powinno to być nie więcej niż 10% - według zaleceń WHO. I już naprawdę dobrze wiem, dlaczego.


 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...