sobota, 3 listopada 2012

Zabawki do zabawy

Na stronie pewnego sklepu internetowego znalazłam dział: "zabawki do zabawy".
Szalenie intrygujące.

Poza nim w "zabawkach" były też zabawki edukacyjne, do kąpieli, kreatywne, ekologiczne czy dla niemowląt. Ale te "do zabawy" zaintrygowały mnie najbardziej. Tym bardziej, że było tu właściwie wszystko: przytulanki, układanki, jeździki na patyku, lusterko, cymbałki, drewniane klocki i tekturowa rakieta.

Znalazłam też we własnym fotoarchiwum zdjęcie "zabawek", którymi J.bawiła się w dziewiątym miesiącu.
Były tam:
- szczotka do włosów
- rybka-podkładka pod mydło
- wyciskacz do cytryn
- budzik
- bawełniana chustka do nosa
- mój własny pasek do sukienki (miękki i szeroki)
- mocno zakręcony słoiczek z kolorowym pieprzem.

I to nie było wszystko, o ile pamiętam.

Do sklepu z "zabawkami do zabawy" trafiłam, bo - jak co kilka miesięcy - poczułam potrzebę nabycia J. nowych zabawek, tudzież zrobienia jej takich własnymi rękami. W przekonaniu, że moje dziecko się nudzi, bo niczym się za bardzo nie bawi. I - jak co kilka miesięcy - przejrzałam ofertę bardzo wielu internetowych sklepów (bo te osiedlowe niestety odpadają od razu). Żeby - jak co kilka miesięcy - dojść do wniosku, że większość asortymentu nie ma sensu. A tym samym - racji bytu.

- Ona ma po prostu za dużo zabawek - stwierdził mój mąż, zmęczony potykaniem się o rozsypane po całej podłodze klocki drewniane, których mamy trzy komplety, i całą resztę małych ikeowych zwierzątek, samochodzików, bździków i gwoździków.
A potem doczekał do chwili, kiedy J. robiła sobie popołudniową drzemkę, przystąpił do działania i schował małej trzy czwarte zabawek. Muszę tu dodać, że wcześniej wykonałam podobny manewr, ale większości było mi żal (przecież ona tak lubi tego nietoperza!) - więc do szafy powędrowała w porywach jedna piąta naszego zbioru.

Co zostało?
Kredki. Klocki. Piłki. Kilka samochodzików. Pudełka różnej wielkości i pochodzenia.
No i oczywiście książeczki, których zbiór się nam rozrasta, ale chować ich nie wolno, bo nigdy nie wiadomo, o czym nasze dziecko zachce dziś czytać. I wszystkie lubi. A ja - matka uzależniona od czytania - uważam, że zawsze trzeba mieć dostęp do wszystkich swoich książek. I już.

Z drżeniem czekałam, aż dziecko wstanie i zacznie pytać o pochowane zabawki.
Wstało.
I nie pytało.
Zaczęło natomiast samo z siebie budować wieżę z ocalałych - może dwudziestu - klocków drewnianych.
A potem - z dziesięciu zostawionych pluszowych.

Ha!
Ojciec patrzył dumny na swoje dzieło. Rozsądek zwyciężył.

A wniosek?
Wniosek jest bardzo prosty - i bardzo niewygodny dla producentów zabawek, które to zabawki mówią, chodzą, świecą i grają, powodując chaos audiowizualny oraz zaśmiecenie środowiska bateriami.

Dzieci potrzebują najprostszych zabawek. Tych, które dają najwięcej możliwości. Które zachęcają je do kreatywności, a nie do wykonywania zadania według schematu.
I nie może ich być za dużo. Bo wtedy nie wiedzą, na którą mają ochotę - i marudzą.

Klocki. Kredki. Piłki. Pudełka, do których można je wrzucać.
A poza tym wszystko, co można znaleźć w domu (i jest bezpieczne dla małych rączek, oczek i stópek).
To są właśnie zabawki do zabawy.






 


2 komentarze:

  1. "Zabawki do zabawy"? W odroznieniu od zabawek do... Nie wiem, patrzenia? Niezły smaczek ;)
    Ja mam teraz taki patent, ze prYnajmniej połowa zabawek jest schowana. I wymieniamy raz na jakiś czas. Wreszcie mniej bałaganu, dostęp do zabawek lepszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę zacząć brać z Ciebie przykład.

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...