sobota, 10 listopada 2012

Interaktywne? A co to znaczy?

Zabawki dzielą się na zwykłe oraz interaktywne i edukacyjne. Przynajmniej według producentów i sprzedawców. Te zwykłe są - wiadomo - zwykłe. Zwykły miś, zwykłe klocki. Zwykła grzechotka. A interaktywne?


Pooglądałam i zgłupiałam. A skoro zgłupiałam, zajrzałam do słownika, żeby z powrotem zmądrzeć, o ile to w ogóle możliwe.
I co?
Interaktywność oznacza, że dwie komunikujące się ze sobą strony potrafią na siebie wzajemnie oddziaływać. Zabawka na dziecko - i dziecko na zabawkę.
Edukacyjność - że jedna strona drugą stronę czegoś uczy. Czyli - zabawka uczy dziecko.

No i zajrzyjmy teraz do naszego pudła z zabawkami.
Miś? Zwykły. Niczego nie uczy, prawda? Nie oddziałuje.
Miś, który po naciśnięciu na brzuszek chrapie? Ani chybi interaktywny.

Klocki drewniane? Zwykłe. Po prostu są.
Klocki o dziwnych kształtach, fantazyjnie pomalowane, z dołączonym sorterem - na pewno edukacyjne. Dziecko się uczy kształtów i kolorów, wrzucając do sortera, prawda?

Pluszowa sowa, która siedzi i nic - zwykła.
Pluszowa sowa, która ma na brzuchu kieszonkę, a w niej drugą małą sowę - edukacyjna czy interaktywna?
Zgadnijcie sami.

Jeśli na pierwszy rzut oka nie można rozpoznać, czy zabawka jest zwykła, czy interaktywno-edukacyjna, należy sprawdzić cenę. I wtedy wszystko staje się jasne.


Kiedy J. skończyła trzy miesiące, marzyłam o macie edukacyjnej. Bo taka fajna, miękka, kolorowa, z zabawkami, no i edukacyjna. Obejrzałam wszystkie chyba dostępne na rynku maty - stówa minimum - i jakoś żadnej nie wybrałam. Tymczasem moje dziecko świetnie się bawiło odziedziczonym po znajomych stojakiem (tzw. gimnastycznym - ok. 30 zł). Odziedziczonym bez zabawek, więc na gumkach przywiązywałam nasze własne: małą grzechotkę, uszytego przez ciocię G. kota w kratkę, szeleszczącego mini-psa. I zanim zdecydowałam się na którąś z mat, mała już z nich wyrosła, bawiąc się po drodze świetnie i długo.

Potem okazało się, że J. nie lubi chrapiących misiów, piszczących książeczek i innych hałasujących stworów.

A jeszcze później - że ma w nosie sortery i używa ich jako pojemników do wrzucania klocków. Po otwarciu klapki do wysypywania. I że świetnie się bawi pudłem po pieluchach, w którym wycięłam jej trzy dziury: dwie duże i małą, o kształcie nieregularnym, w których mieszczą się bez zbędnych zabiegów wszystkie klocki.

Że sorter jest świetny do nauki kształtów?  Hu, hu. J. nauczyła się kształtów z... książeczki. Czytanej przez mamusię albo tatusia. A kiedy do niej dotarło, że są różne, zaczęła je rozpoznawać wszędzie, również wśród klocków. Ale sortować według zaleceń producenta nie zaczęła.

To nie zabawka ma być interaktywna i edukacyjna. To rodzice mają tacy być. 


A nie zapatrzeni w ekran swojego komputera/telefonu/telewizora, w gazetę, w zlew albo zagadani z innym dorosłym, oczekujący, że wszystkomająca zabawka odwali za nich robotę i zajmie ich dziecko skutecznie na dłużej.

Czy zwykły miś mówiący głosem tatusia nie staje się interaktywny?
Czy zwykłe, drewniane klocki, które z mamusią ustawia się kolorami, nie stają się edukacyjne?

To jest rola rodzica. Zabawki pełnią tylko funkcję wspomagającą. A kiedy nie ma zabawek, równie dobrze, interaktywnie i edukacyjnie można się bawić wszystkim, co jest bezpieczne: kamykami, skarpetkami, palcami, liskami, pokrywkami od słoików... Najważniejsza jest inwencja twórcza, której dziecko uczy się od rodziców. A kiedy już się nauczy eksperymentowania z otoczeniem, wszystko w zasięgu jego rączek stanie się edukacyjne, bo wszystko malucha, dla którego świat jest nowością, czegoś nowego nauczy.


5 komentarzy:

  1. Czytam sobie Twoje starsze wpisy. Ten jest prześwietny!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podpisuję się rękoma i nogami.
    Zresztą spaprałam własnemu dziecku start w dorosłe życie, bo nie znoszę plastiku, jazgotu, tandetnych muzyczek i walących po oczach świateł (tak w skrócie opisałabym większośc produktow int-ed, a produkowanych chyba dla małych daltonistów), moje dziecię ma zabawek mało, w przyjemnych (moim zdaniem) kolorach, często z niepomalowanego drewna i... Żyje, ma się świetnie, a moje nerwy nie są doszczętnie zszargane. Mission accomplished, rzekłabym, choć kieszenie firm zabawkarskich na tym ucierpiały ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech cierpią zabawkarze. Dziecko ma być szcześliwe, a wiadomo, że jak matka z nerwami w dobrym stanie, to dziecko też:)

      Usuń
  3. Zgadzam sie w zupełności. Świetny post. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...