sobota, 17 listopada 2012

Ile ona mówi!

Uniwersytecki Instytut Psychologii zaprosił nas - a właściwie Joaśkę - na badania. Zgodziliśmy się na udział, zainteresowani tym, czego możemy się dowiedzieć - od specjalistów w końcu.

Pierwsza seria badań wypadła na listopad - mała skończyła półtora roku. Przychodzimy, miła pani zgodnie z zapowiedzią pokazuje J. różne zabawki, uśmiecha się, obserwuje reakcje. Zabawki pojawiają się na stole i znikają. J.jest tym nieco skonsternowana: zanim dobrze się przyjrzy, pani chowa zabawkę do szuflady. W dodatku zbliża się pora drzemki, a i głód pewnie zaczyna się odzywać, więc siedzi u mnie na kolanach i czasami powie słowo lub dwa.

Małomówna jest tym bardziej, że mamusia dostała polecenie mówienia jak najmniej, więc moje dziecko stoi przed podwójną zagadką: czemu tak szybko te zabawki i dlaczego mamusia ze mną nie rozmawia.

Wychodzimy w końcu z pokoju badań. Mówię:
- Dla Joasi wszystko działo się trochę za szybko, widzę to po tym, że mówiła tak mało.
Na to zdumiona pani psycholog:
- Jak to: mało? Przecież ona mówiła cały czas! I to jak!

Po czym okazało się, że badacze spodziewają się, iż półtoraroczne dziecko w reakcji na spadający przedmiot spojrzy w tym kierunku albo - szczyt możliwości - powie: "Bam!"
Nie spodziewają się natomiast, że oznajmi: "Spadło!"

Nie mam co prawda porównania z innymi półtoraroczniakami, bo dzieci dookoła są albo starsze, albo młodsze, ale w porównaniu ze starszymi nasze dziecko ma widocznie większy zasób słownictwa. Składa dość zabawnie, ale i dość swobodnie zdania, no i w rozczulający sposób tworzy liczbę mnogą (mięski, kminki, kółki) - ale mówi o wiele, wiele więcej.

Przyczyn takiego stanu widziałam kilka.
Po pierwsze, mówimy do małej od urodzenia, normalnym, dorosłym językiem, bez dziecinnych udziwnień (ziazi, cacy).
Po drugie, czytamy książeczki, a nasza biblioteka dziecięca jest dość obfita.
Po trzecie, ma na co dzień oboje rodziców (chwała wynalazcom wolnych zawodów!), a do tego jeszcze babcię, dziadka i inne ciocie dość często.

Znalazłam jednak ostatnio jeszcze jedną przyczynę, być może najważniejszą. W ramach powtórki z noworodków czytam sobie "Język niemowląt" Tracy Hogg (o książce napiszę oddzielnie, bo zdecydowanie jest tego warta). A w niej - opis badań psychiatry z Brown University, dr Barry'ego Lestera. Odkrył on, że dzieci, których matki trafniej rozpoznawały noworodkowe typy płaczów, po osiemnastym miesiącu znały dwuipółkrotnie więcej słów niż ich rówieśnicy.

I wszystko jasne.
Z małym zamierzam postępować tak samo.
Zobaczymy, czy chłopcy rzeczywiście mówią później.



1 komentarz:

  1. Nie lubię hogg (z początku mi się podobała, podczas drugiego czytania dużo później miałam już inne podejście), ale co do dorosłego języka, bez "ciuciania" nie mogę się nie zgodzić. Jako że mieszkamy za granicą czytanie uznałam za najważniejszą pomoc w wyhodowaniu osoby posługującej się dobrą polszczyzną. Język migowy działa cuda (ale gdy go wprowadzałam, nie miałam pojęcia, że przyspiesza naukę mowienia). Mam jeszcze jedno spostrzeżenie: mówienie w naturalny sposób, czyli o sobie w pierwszej (a nie trzeciej) osobie, a do dziecka w drugiej daje "niespotykane " efektyw. Postaci młodej osoby także wypowiadającej się prawidłowo...

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...