niedziela, 30 września 2012

Za mało, czyli w sam raz

- Czy ona nie je za mało? Taka chudzinka – mówi starsza pani spotkana na spacerze. I próbuje poczęstować ciasteczkiem dziecko, zajęte taplaniem się w kałuży. Dziecko nie jest zainteresowane. Odpycha ciasteczko i wraca do chlapania. Pani jest urażona, okazuje to niemiłym: „Dla mnie to ona ma niedowagę”, nie daje matce szansy na obronę i odchodzi.
A matce, która wie, że jej dziecko je w sam raz - waga odpowiednia, lekarka zadowolona - i tak cierpnie skóra.
Bo może jednak je za mało.
Bo przecież ciągle się mieści w bluzeczki sprzed pół roku i spodnie na gumce spadają z pupy, chociaż zamiast pięciu przepisowych posiłków zjada sześć. Adaś i Wojtuś z piaskownicy są dużo okrąglejsi, Agatka zjada dwa obiadki dziennie, no i różnej maści eksperci mówią, że dziecko powinno zjadać duży słoik zupy, a nie mały.

Cóż.  Najlepszym przyjacielem matki nie jest, wbrew pozorom, producent żywności dla niemowląt, telewizyjny ekspert ani obawiająca się o wagę dziecka ciocia, ale rozsądek. Zdrowy rozsądek. Dziecko nie je obiadu? Może na spacerze pochłonęło paczkę paluszków? Może jest upał, a my sami, zamiast gorącej, pożywnej zupy na rosole wypiliśmy szklankę zimnego kefiru? A może pomarańczowa breja wydaje mu się o wiele gorsza od sushi na talerzu mamy?

Dobrze pamiętam dziesiąty miesiąc życia mojej córki. Odmawiała jedzenia wszystkiego, czego nie mogła jeść sama - rękami. Więc jadła rękami, zrzucając co chwila kawałek na podłogę i krzycząc radośnie „bach!”, a ja z przerażeniem notowałam w głowie proporcję zjedzonego do zrzuconego. Niekorzystną. Och, jaką niekorzystną. Przed kontrolnym ważeniem czułam się jak przed najgorszym egzaminem. I co? Waga prawidłowa. Dziecko jadło, ile chciało - za mało, stanowczo za mało! - i nie umarło z głodu.

Specjaliści od żywienia dzieci co i rusz podają zatrważające wyniki badań maluchów. A to, że czworo na pięcioro dzieci je za dużo cukru. Albo, że większość je nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, zamiast pięciu porządnych posiłków. Ale do nas to nie dociera – czym innym są bowiem dzieci statystyczne, a czym innym nasze dziecko. Panicznie się obawiamy, że będzie… głodne. Babcie i ciocie załamują ręce.: o, jaki niejadek. Nie chcemy wychować niejadka, którego karmienie zużywa mnóstwo czasu i energii. Więc karmimy, przekarmiamy, marnujemy czas na przygotowanie fantazyjnych kanapeczek, które przejedzone dziecko kwituje odmownym ruchem głowy i stanowczym „Nie!” Co dziwne, doskonale zdajemy sobie sprawę, że przekarmiony jamnik sąsiadki, ledwo wlokący się na nóżkach, je za dużo. Ale dziecko przy kości? Okaz zdrowia. 

Zapominamy do tego, że maluch ma jeszcze sprawny instynkt samozachowawczy i wie, kiedy jest głodny, a kiedy nie. Dorośli już tego nie wiedzą. Przecież: „nie pójdziesz bez śniadania”, „obiad trzeba koniecznie zjeść”, a po za dużym obiedzie – pół godzinki dla słoninki z ponurymi rozmyślaniami na temat trudnego wychowywania niejadków. A dzieci? Po obiedzie „w sam raz” biegają jak nakręcone aż do podwieczorku. No, chyba że w pobliżu pojawi się troskliwa ręka z ciastkiem, chrupkami albo lizaczkiem.

Kiedy moje dziecko miało lepsze pół roku, dla uspokojenia sumienia (czy za mało nie je?) zrobiłam test. Ile zjadło, tyle wody wlewałam do miarki. Przy podwieczorku musiałam zmienić miarkę na większą, nie dowierzając, że tyle może się zmieścić w sześciomiesięcznym szkrabie. Jeśli myślicie, że wasze dziecko je za mało, polecam. Przy okazji do drugiego naczynia wlewajcie swoje „porcje”.
Możecie być naprawdę zdziwieni.

*imiona zostały zmyślone, podobnie jak ich metaforyczni właściciele.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...