sobota, 22 września 2012

Miluś, łilki i koledzy

Wiosną, zupełnym przypadkiem udało mi się nabyć bardzo, bardzo ładną książeczkę dla Joasi. Książeczka była w sklepie wiejsko-przydrożnym, a ja w ten sposób odkryłam krakowskie wydawnictwo Aksjomat.

Wszystkim rodzicom, których dzieci bez czytania książeczek żyć nie mogą, polecam dobrze zapamiętać tę nazwę.

Książeczka, która trafiła nam się jako pierwsza, to "Gdzie moja mama?".

Stron ma standardowo osiem, prosty i konkretny tekst z dobrą puentą - i co najważniejsze, kiedy czytanie polega na opowiadaniu sobie o tym, co widać na kolejnej stronie - ŁADNE OBRAZKI. Na obrazkach występuje kotek Miluś oraz łilki. Łilczyca i łilczęta, tak konkretnie.

Te ładne obrazki są zasługą pani Elżbiety Jarząbek (zapamiętajcie to nazwisko!), która potrafi - jako jedna z niewielu chyba - stworzyć ładny świat, i miłe zwierzątka, które w dodatku nie są powielane w programie graficznym i robią różne miny. Brzmi pewnie zabawnie, ale gros książeczek dla dzieci ma zwyczajnie brzydkie obrazki.

Czas na dygresję.
Książeczki dla dzieci pod względem grafiki dzielą się zazwyczaj na:
- te z ładnymi obrazkami
- te z brzydkimi obrazkami
- te designerskie.

Ładne obrazki są miłe, uporządkowane, pozwalają na narrację własną i rozwijanie historii przez dziecko.

Brzydkie obrazki są brzydkie: niestaranne, rysowane w programie graficznym metodą nabazgrz-kopiuj-wklej, albo chaotyczne, niedopasowane do wieku dziecka, mocno nierzeczywiste. Małe dzieci nie lubią rzeczy zbyt odstających od rzeczywistości. Pan z nogami za długimi trzy razy nie budzi w nich zachwytu. Jest dziwny i coś się w nim nie zgadza.

Designerskie obrazki zazwyczaj zachwycają rodziców, a na pewno tych, którzy kupują je dzieciom na prezent; same dzieci są nimi średnio zachwycone (i średnio to eufemistycznie powiedziane). Co z tego, że my, dorośli, widzimy, że ze skrawków gazety z tytułami dotyczącymi miłości i ślubu ktoś powycinał i powyklejał ubranka dla ślubnego orszaku, skoro dziecko widzi tylko nieładne i chaotyczne, nieco kubistyczne ludziki? (efekt - patrz pan z za długimi nogami).

Wróćmy do Aksjomatu i pani ilustratorki, która wie, co robi, i robi to dobrze.

Zrobiła też dwie inne książeczki: "Wstawaj, misiu" oraz "Krówkę Sonię" - których to książeczek szukałam rozpaczliwe we wszystkich napotkanych księgarniach od morza do gór (i nie przesadzam). W końcu się poddałam i ściągnęłam je po wakacjach przez empik.

Skoro już tyle było o obrazkach, teraz trochę o treści.

Po pierwsze - te bajeczki nadają się dla małych dzieci. Jedyna chwila grozy następuje, kiedy bocian zjada żaby, a kot - myszy. Koło braci Grimm nawet nie leżały, i całe szczęście. (o braciach Grimm później).


Po drugie - fabuła jest krótka, konkretna i przyjemna. W dodatku puenta jest pozytywna i ma niejako wymiar edukacyjny: kotek zgubił swoją mamę, ale pomogły mu zwierzątka i ją odnalazł. Krówka marudziła przy jedzeniu, ale okazało się, że jest najsmaczniejsze ze wszystkich. Miś spał tak długo, że prawie ominęła go zabawa. (No, może to ostatnie akurat nie przydaje mi się zbyt często, bo Joaśka jest bardzo-bardzo rannym ptaszkiem). Ale zawsze łatwiej się odwołać do bajeczki, tłumacząc dziecku rzeczywistość: ma porównanie do czegoś, co już zna, i mam wrażenie, że o wiele lepiej rozumie.


Z Aksjomatem bardzo się polubiliśmy. Ach, i jeszcze dwie zalety, bardzo istotne, kiedy się hoduje w domu małego mola książkowego. Cena i rozmiar. Książeczki kosztują zazwyczaj około 5 zł, są lekkie i mają bardzo przystępny format - w sam raz do torebki. Co - wierzcie mi - naprawdę ma znaczenie, kiedy się trochę podróżuje, a hasło "Citamy!" pada przynajmniej kilka razy dziennie.





2 komentarze:

  1. Nie znam tych książeczek, ale mamy inne z tego wydawnictwa.

    OdpowiedzUsuń
  2. O - a jakie masz? I jak się sprawdzają?

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...